Dziennik Gazeta Prawana logo

"Rząd uprawia gospodarczą propagandę sukcesu"

12 października 2007, 14:03
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
"Szybki wzrost gospodarczy i spadająca stopa bezrobocia to zasługa rządów Prawa i Sprawiedliwości" - mówił we wtorek premier Jarosław Kaczyński. Tymczasem przepytywani przez DZIENNIK ekonomiści nie zostawiają suchej nitki na rządowej propagandzie sukcesu.

Ryszard Petru, główny ekonomista Banku BPH
Nie jestem przekonany, czy powinniśmy fetować ponadpięcioprocentowe tempo wzrostu gospodarczego. Jeśli porównamy nasz wynik ze wzrostem gospodarczym Czech albo Słowacji, okaże się, że są od nas pod tym wzgledem zdecydowanie lepsze. Nie wspominając o krajach nadbałtyckich, które mają dwucyfrowy wzrost gospodarczy. PKB Polski też mógłby rosnąć szybciej, w granicach 6 7 proc. ale to wymaga działań ze strony rządu. Tymczasem przez dwanaście miesięcy nie wydarzyło się nic, co mogłoby mieć pozytywny wpływ na gospodarkę. Szybki rozwój zawdzięcza ona nie rządowi, tylko samej sobie. Jeśli nie nastąpi likwidacja zbędnej biurokracji, klin podatkowy nie zostanie obniżony a zmiana struktury wydatków państwa nie dojdzie do skutku, katastrofy nie będzie. Polska dalej będzie się rozwijać, tyle że wolniej, niż wskazuje na to nasz potencjał. Do szybkiego rozwoju gospodarczego potrzebny jest kapitał i praca. O tym, że chętnych do pracy w polsce nie brakuje, świadczy skala emigracji zarobkowej. Do polski napływają ogromne pieniądze z funduszy unijnych. Trzeba to wykorzystać. Premier nie powinien przypisywać sobie i ekipie rządzącej dobrych wyników makroekonomicznych. Jest zdecydowanie za wcześnie, by mówić o korzystnym wpływie decyzji polityków na gospodarkę. Spodziewam się jednak, że będzie on niewielki, bo najważniejszą decyzją rządu w sferze gospodarczej jest brak decyzji. Rząd zrobił niewiele dobrego, ale i nie zaszkodził w widoczny sposób gospodarce. To chyba jego największa zasługa.

Andrzej Bratkowski, główny ekonomista PEKAO SA
Największą zasługą rządzącej ekipy jest to, że nie popełniła żadnego istotnego błędu. Owszem, mieliśmy trochę potknięć, na przykład nowe wydatki państwa na cele socjalne, zatrzymanie prywatyzacji, niepotrzebne ingerencje rządu w sprawy spółek takich jak PZU czy próba zablokowania fuzji PEKAO SA i Banku BPH. Ale żaden z tych kroków nie był na tyle znaczący, by mógł zagrozić sytuacji gospodarczej kraju. Negatywnych działań rządu nie było zbyt dużo. Niestety nie było też pozytywów. W sferze gospodarczej rząd naprawdę nie zrobił w ciągu ostatnich miesięcy nic konkretnego. Zapowiadanej reformy podatkowej nie ma, mamy za to symboliczne korzyści płynące z waloryzacji progów podatkowych. Poważne wątpliwości budzi też odebranie niektórym podmiotom gospodarczym prawa do uproszczonych form rozliczania się z fiskusem. Niskiej noty, jaką można wystawić rządowi, nie zmienia to, że w przygotowaniu jest kilka ustaw, które powinny dobrze wpłynąć na gospodarkę, na przykład nowa ustawa o planowaniu przestrzennym czy nowelizacja ustawy o swobodzie działalności gospodarczej. Prace nad tymi aktami prawnymi ciągną się bowiem zbyt długo. Dlatego nie widzę większego związku między działaniami rządu a dobrymi wskaźnikami makroekonomicznymi. To, co teraz obserwujemy, to efekt splotu kilku dobrych czynników. Jednym z nich była ostra polityka monetarna w latach 2001 i 2002. Wtedy sytuacja przedsiębiorców była trudna, musieli ciąć koszty, restrukturyzować swoje firmy. Ten ostry trening teraz procentuje. Jeśli rządy nie będą podejmować nieroztropnych decyzji i nie popełnią większych błędów, polskie firmy będą konkurencyjne w porównaniu z konkurentami z Europy jeszcze przez parę lat.

Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową
Przypisywanie dobrej sytuacji gospodarczej rządowi nie ma podstaw. W sferze gospodarczej ekipa PiS nie robi prawie nic. Paradoksalnie ma to również swoje dobre strony. Nie ma nowych ustaw, przedsiębiorcy nie muszą tracić czasu na zapoznawanie się ze zmieniającymi się przepisami. Gospodarka żyje własnym życiem. Wysokie tempo wzrostu gospodarczego przypisywałbym raczej cyklowi koniunkturalnemu, w którym znajduje się gospodarka. Problem w tym, że na dłuższą metę utrzymanie takiej sytuacji jest jednak niemożliwe. Potrzeba reform, a tych wciąż nie ma. Szczególnie dotkliwy jest brak nowej ustawy o finansach publicznych. Trudno też uznać za początek zmian włączenie funduszy unijnych do ustawy budżetowej. Reforma podatkowa upadła. Obniżenia klina podatkowego nie będzie, bo okazało się, że to pomysł zbyt kosztowny dla budżetu. Chciałbym, żeby politycy zanim zabiorą się za zmniejszanie klina, czyli pozapłacowych kosztów pracy, zastanowili się, dlaczego są one tak wysokie. A są wysokie bo tylko połowa Polaków pracuje, a miliony korzystają z rent i wcześniejszych emerytur. Trzeba im wypłacać miliardy złotych i właśnie dlatego osoby pracujące płacą tak wysokie składki do ZUS i na inne ubezpieczenia. Dopóki to się nie zmieni o poważnych reformach nie może być mowy. Plan wprowadzenia budżetu zadaniowego też nie został zrealizowany. W przyszłym roku tylko wąska część wydatków państwa na naukę będzie realizowana w ten sposób. Szkoda zmarnowanej szansy.

Wacław Wilczyński, profesor Akademii Ekonomicznej w Poznaniu
Dokonania rządu w sferze gospodarczej i finansowej nie są imponujące. Na plus zaliczyć trzeba obronę nominalnej kotwicy budżetowej, trzeba jednak zaznaczyć, że jest to rozwiązanie, które absolutnie nie gwarantuje naprawy finansów państwa. A reforma wydatków państwa to najważniejsze zadanie, jakie stoi przed rządem. Jeśli nawet 30-miliardowy deficyt budżetowy będzie się utrzymywał przez następne lata, to dług publiczny będzie bardzo szybko rósł. W dłuższej perspektywie będzie to miało fatalne skutki dla całej gospodarki, a także dla naszych portfeli, bo przekroczenie zapisanych w konstytucji limitów zadłużenia państwa będzie oznaczać terapię szokową i nieuchronną podwyżkę podatków. Do dobrych decyzji gospodarczych rządu nie można zaliczyć wstrzymania prywatyzacji. Dziś nie ma sensu dyskutować na temat tego, czy sprzedawanie państwowych firm niesie szkody, czy korzyści. Czas pokazał, że utrzymywanie na garnuszku podatników trwale nierentownych i słabo zarządzanych państwowych molochów nie ma sensu. Na podtrzymaniu ich przy życiu wydajemy miliardy złotych, które można wydać na inne cele, np. rozwój gospodarki opartej na nowoczesnych technologiach. To dałoby państwu nieporównywalnie większe korzyści.
Na liście pilnych spraw do załatwienia jest deregulacja gospodarki. Przedsiębiorcom od lat obiecuje się likwidację masy uciążliwych i niczemu niesłużących przepisów, które spowalniają rozwój gospodarczy. Tymczasem zamiast deregulacji obserwujemy centralizację, czyli próby skoncentrowania w rękach instytucji rządowych nowych kompetencji.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj