Ryszard Petru, główny ekonomista Banku BPH
Nie jestem przekonany, czy powinniśmy fetować ponadpięcioprocentowe tempo wzrostu gospodarczego. Jeśli porównamy nasz wynik
ze wzrostem gospodarczym Czech albo Słowacji, okaże się, że są od nas pod tym wzgledem zdecydowanie lepsze. Nie wspominając o krajach nadbałtyckich, które mają dwucyfrowy wzrost gospodarczy.
PKB Polski też mógłby rosnąć szybciej, w granicach 6 – 7 proc. ale to wymaga działań ze strony rządu. Tymczasem przez dwanaście miesięcy nie wydarzyło się nic, co mogłoby mieć
pozytywny wpływ na gospodarkę. Szybki rozwój zawdzięcza ona nie rządowi, tylko samej sobie. Jeśli nie nastąpi likwidacja zbędnej biurokracji, klin podatkowy nie zostanie obniżony a zmiana
struktury wydatków państwa nie dojdzie do skutku, katastrofy nie będzie. Polska dalej będzie się rozwijać, tyle że wolniej, niż wskazuje na to nasz potencjał. Do szybkiego rozwoju
gospodarczego potrzebny jest kapitał i praca. O tym, że chętnych do pracy w polsce nie brakuje, świadczy skala emigracji zarobkowej. Do polski napływają ogromne pieniądze z funduszy unijnych.
Trzeba to wykorzystać. Premier nie powinien przypisywać sobie i ekipie rządzącej dobrych wyników makroekonomicznych. Jest zdecydowanie za wcześnie, by mówić o korzystnym wpływie decyzji
polityków na gospodarkę. Spodziewam się jednak, że będzie on niewielki, bo najważniejszą decyzją rządu w sferze gospodarczej jest brak decyzji. Rząd zrobił niewiele dobrego, ale i nie
zaszkodził w widoczny sposób gospodarce. To chyba jego największa zasługa.
Andrzej Bratkowski, główny ekonomista PEKAO SA
Największą zasługą rządzącej ekipy jest to, że nie popełniła żadnego istotnego błędu. Owszem, mieliśmy trochę
potknięć, na przykład nowe wydatki państwa na cele socjalne, zatrzymanie prywatyzacji, niepotrzebne ingerencje rządu w sprawy spółek takich jak PZU czy próba zablokowania fuzji PEKAO SA i
Banku BPH. Ale żaden z tych kroków nie był na tyle znaczący, by mógł zagrozić sytuacji gospodarczej kraju. Negatywnych działań rządu nie było zbyt dużo. Niestety nie było też
pozytywów. W sferze gospodarczej rząd naprawdę nie zrobił w ciągu ostatnich miesięcy nic konkretnego. Zapowiadanej reformy podatkowej nie ma, mamy za to symboliczne korzyści płynące z
waloryzacji progów podatkowych. Poważne wątpliwości budzi też odebranie niektórym podmiotom gospodarczym prawa do uproszczonych form rozliczania się z fiskusem. Niskiej noty, jaką można
wystawić rządowi, nie zmienia to, że w przygotowaniu jest kilka ustaw, które powinny dobrze wpłynąć na gospodarkę, na przykład nowa ustawa o planowaniu przestrzennym czy nowelizacja ustawy o
swobodzie działalności gospodarczej. Prace nad tymi aktami prawnymi ciągną się bowiem zbyt długo. Dlatego nie widzę większego związku między działaniami rządu a dobrymi wskaźnikami
makroekonomicznymi. To, co teraz obserwujemy, to efekt splotu kilku dobrych czynników. Jednym z nich była ostra polityka monetarna w latach 2001 i 2002. Wtedy sytuacja przedsiębiorców była
trudna, musieli ciąć koszty, restrukturyzować swoje firmy. Ten ostry trening teraz procentuje. Jeśli rządy nie będą podejmować nieroztropnych decyzji i nie popełnią większych błędów,
polskie firmy będą konkurencyjne w porównaniu z konkurentami z Europy jeszcze przez parę lat.
Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową
Przypisywanie dobrej sytuacji gospodarczej rządowi nie ma podstaw. W sferze gospodarczej ekipa PiS
nie robi prawie nic. Paradoksalnie ma to również swoje dobre strony. Nie ma nowych ustaw, przedsiębiorcy nie muszą tracić czasu na zapoznawanie się ze zmieniającymi się przepisami. Gospodarka
żyje własnym życiem. Wysokie tempo wzrostu gospodarczego przypisywałbym raczej cyklowi koniunkturalnemu, w którym znajduje się gospodarka. Problem w tym, że na dłuższą metę utrzymanie
takiej sytuacji jest jednak niemożliwe. Potrzeba reform, a tych wciąż nie ma. Szczególnie dotkliwy jest brak nowej ustawy o finansach publicznych. Trudno też uznać za początek zmian
włączenie funduszy unijnych do ustawy budżetowej. Reforma podatkowa upadła. Obniżenia klina podatkowego nie będzie, bo okazało się, że to pomysł zbyt kosztowny dla budżetu. Chciałbym,
żeby politycy zanim zabiorą się za zmniejszanie klina, czyli pozapłacowych kosztów pracy, zastanowili się, dlaczego są one tak wysokie. A są wysokie bo tylko połowa Polaków pracuje, a
miliony korzystają z rent i wcześniejszych emerytur. Trzeba im wypłacać miliardy złotych i właśnie dlatego osoby pracujące płacą tak wysokie składki do ZUS i na inne ubezpieczenia. Dopóki
to się nie zmieni o poważnych reformach nie może być mowy. Plan wprowadzenia budżetu zadaniowego też nie został zrealizowany. W przyszłym roku tylko wąska część wydatków państwa na
naukę będzie realizowana w ten sposób. Szkoda zmarnowanej szansy.
Wacław Wilczyński, profesor Akademii Ekonomicznej w Poznaniu
Dokonania rządu w sferze gospodarczej i finansowej nie są imponujące. Na plus zaliczyć trzeba obronę nominalnej kotwicy budżetowej, trzeba jednak zaznaczyć, że jest to rozwiązanie, które
absolutnie nie gwarantuje naprawy finansów państwa. A reforma wydatków państwa to najważniejsze zadanie, jakie stoi przed rządem. Jeśli nawet 30-miliardowy deficyt budżetowy będzie się
utrzymywał przez następne lata, to dług publiczny będzie bardzo szybko rósł. W dłuższej perspektywie będzie to miało fatalne skutki dla całej gospodarki, a także dla naszych portfeli, bo
przekroczenie zapisanych w konstytucji limitów zadłużenia państwa będzie oznaczać terapię szokową i nieuchronną podwyżkę podatków. Do dobrych decyzji gospodarczych rządu nie można
zaliczyć wstrzymania prywatyzacji. Dziś nie ma sensu dyskutować na temat tego, czy sprzedawanie państwowych firm niesie szkody, czy korzyści. Czas pokazał, że utrzymywanie na garnuszku
podatników trwale nierentownych i słabo zarządzanych państwowych molochów nie ma sensu. Na podtrzymaniu ich przy życiu wydajemy miliardy złotych, które można wydać na inne cele, np. rozwój
gospodarki opartej na nowoczesnych technologiach. To dałoby państwu nieporównywalnie większe korzyści.
Na liście pilnych spraw do załatwienia jest deregulacja gospodarki. Przedsiębiorcom od lat obiecuje się likwidację masy uciążliwych i niczemu niesłużących przepisów, które spowalniają
rozwój gospodarczy. Tymczasem zamiast deregulacji obserwujemy centralizację, czyli próby skoncentrowania w rękach instytucji rządowych nowych kompetencji.