Renata Kim: Co pani czuje, gdy syn ciągle mówi o śmierci?
Helena Świtaj: Mnie to w ogóle się nie mieści w głowie. Wolałabym pierwsza umrzeć, niż widzieć, jak on umiera. Ja bym tego po prostu nie przeżyła! Przecież już tyle w życiu przeszłam. Po wypadku, gdy dowiedziałam się, że stan Janusza jest beznadziejny, wypłakałam tyle łez, że chyba więcej już nie mam.

Więc pani nie chce, żeby Janusz umierał?
Oczywiście, że nie! Jaki jest, taki jest, ale wciąż mówi do mnie "mamo" i wiem, że jeszcze jestem mu potrzebna. Po prostu mam dziecko.

Syn boi się, iż kiedy umrze ojciec lub matka, to zostanie bez żadnej opieki.
Ma rację, to będzie straszne. Bo jeszcze jeśli to ja odejdę pierwsza, to chłop sobie jakoś poradzi. Ale co zrobię ja, gdy zostanę sama? Ja nie przewrócę syna z boku na bok, nie przeniosę na wózek, jeśli w końcu go dostanie. Nie jestem już taka silna jak dawniej. I z każdym rokiem jest gorzej.

Czy syn mówi czasem, że kocha panią?

Ech, o czym tu mówić? My już jesteśmy tak uprzykrzeni sobą, bo przecież spędzamy ze sobą całe dnie, bez przerwy jestem razem, w dzień i w nocy od wielu lat. Nie mamy żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, bo zawsze jest strasznie dużo roboty z Januszem i niemal nie wychodzimy z domu.

Podobno często się kłócicie. O co te kłótnie?
O wszystko. Jeden na drugiego krzywo popatrzy i już! Od słowa do słowa i jest kłótnia.

Więc nie chodzicie koło syna na palcach?
Nie mamy na to sił. Jesteśmy już strasznie umęczeni tą całą sytuacją. Pilnujemy go dniem i nocą, bo strasznie się boimy, że respirator się zepsuje i syn się udusi. I jeszcze musimy na każde wezwanie Janusza biegiem lecieć do jego łóżka.

A gdybyście nie pobiegli?
To wtedy on się strasznie złości, bo bardzo jest niecierpliwy. Na przykład dzisiaj robiłam pranie, wyciągałam rzeczy z pralki, a tu on krzyczy z pokoju, że mam natychmiast przyjść i przynieść mu jego dowód osobisty. Więc proszę, żeby poczekał, aż skończę wieszać mokre rzeczy, a on już zły! Męża nie było, bo wyszedł na chwilę coś załatwić. I ja musiałam wszystko rzucić i pędzić do Janusza. Ale jak ja mu robię śniadanie i zanoszę, to ono stoi półtorej godziny, bo Janusz akurat ma chęć grzebać w swoim komputerze. Każdy z nas chciałby robić wszystko po swojemu i w swoim rytmie, ale ten drugi wcale nie chce się do tego dostosować. Więc naprawdę trudno jest tak jednym cięgiem siedzieć w domu i być posłusznym drugiej osobie. Bardzo trudno.

A kto jest w tej rodzinie najposłuszniejszy?
My już wszyscy jesteśmy znerwicowani, taka jest prawda. Ale Janusz zawsze był bardzo uparty, już od dzieciństwa. Kiedy chciał jakąś zabawkę, to zawsze ją w ten czy inny sposób na nas wymusił. I tak jak w dzieciństwie, tak i teraz nami steruje. Dokładnie tak samo było z tym motorem, na którym się rozbił. Ojciec za nic się nie zgadza, by go kupić, ale Janusz tak prosił, błagał i marudził, że w końcu ustąpiliśmy. I teraz ja robię sobie wyrzuty, że się na to zgodziłam. Nie mogę sobie tego wybaczyć. I jeszcze mąż ma straszne pretensje i powtarza, że to przeze mnie Janusz się rozbił i jest całkowicie sparaliżowany.

Czy pani wierzy, że syn kiedyś jeszcze będzie się ruszał?
Póki dziecko żyje, to jest nadzieja. Może medycyna w końcu coś wymyśli dla takich ludzi jak on? Każdego lekarza, który tu przychodzi, zawsze pytam, czy może pojawiło się jakieś lekarstwo dla Janusza. I płakać mi się chce, bo oni zawsze odpowiadają, że w Polsce medycyna idzie do tyłu.

Janusz mówi, że teraz żyje tylko myślą o wózku, na którym będzie mógł się poruszać. Pani też na to czeka?
Jeszcze jak! Bo jeśli on wyjdzie na dwór, to i my z nim. Coś się będzie wreszcie w naszym życiu działo, a nie tylko to wieczne siedzenie w domu. Wszyscy troje czekamy na wózek.