Magdalena Rigamonti: Warszawa to państwo w państwie.

Jerzy Stępień: I rządzi się innymi prawami. W 1990 r. weszła pierwsza ustawa warszawska, która wprowadziła idiotyczny model struktury władz w stolicy. Stworzono osiem dzielnic, do których odnosiła się idea samorządu, zaś prezydent Warszawy był nie wiadomo kim – więc miasto nie miało np. zdolności inwestycyjnej. Przez to stolica straciła do innych miast aż 12 lat. Pamiętam, jak w 2002 r. prezydent Lech Kaczyński ogłosił ideę budowy Muzeum Powstania Warszawskiego. Wtedy ukazał się list otwarty byłego prezydenta Warszawy Marcina Święcickiego, w którym ten pisał, że zwracał się do wszystkich instytucji w sprawie konieczności zbudowania takiej placówki. Czytam ten list i myślę sobie: dlaczego do siebie nie napisałeś. A on nie miał żadnej władzy. Bo władza finansowa była w dzielnicy Śródmieście, a własnościowa na Woli albo w innych gminach. Trzeba było dopiero jednolitego systemu, by powiązać finanse z własnością. To stało się w 2002 r.

Czyli odbiera pan Lechowi Kaczyńskiemu zasługi jako budowniczemu Muzeum Powstania Warszawskiego?

Odbieram, natomiast muszę oddać pokłon SLD i PSL, bo to te partie przegłosowały jednolity system ustroju warszawskiego. Co do prezydenta Kaczyńskiego, to nawet ci członkowie PiS, którzy dostali pracę w urzędach za jego rządów, teraz się boją tej partii. Oni się już przez lata ucukrowali, siedzą w urzędach i boją się zmiany, wolą, by było tak, jak jest. I to też jest patologia.

Procesy gnilne, patologie – to wszystko mówi pan o samorządzie, zdobyczy wolnej Polski.

W 2002 r. rządzące SLD i PSL, do których dołączyła opozycja pod wodzą Donalda Tuska, doprowadziły do zmiany ustawy samorządowej. Wprowadzono bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów – i patologia zaczęła się pogłębiać. To wtedy prof. Jerzy Regulski, prof. Michał Kulesza i ja – czyli wszyscy twórcy ustawy samorządowej – zaczęliśmy protestować. I chociaż byłem wtedy sędzią Trybunału Konstytucyjnego, uznałem, że zagrożenie jest tak wielkie, że trzeba pójść do Sejmu, na komisję i przeciwstawiać tym pomysłom. Tłumaczyliśmy, że doprowadzi to zmarginalizowania rad miast, rad gmin. Nie słuchano nas. Nikt z posłów komisji sejmowej nie słuchał.

Nie próbowaliście rozmawiać z nimi w kuluarach?

Nie pamiętam żadnych rozmów w kuluarach, jeśli chodzi o reformy samorządowe. Może tylko na początku, w 1990 r. Zawsze w tej kwestii dbaliśmy o transparentność. Ale wtedy, w 2002 r., strona rządząca i opozycyjna były tak zdeterminowane, żeby wprowadzić bezpośrednie wybory, że nie mieliśmy żadnych szans. Oczywiście skutki były łatwe do przewidzenia. Jest raport prof. Jerzego Hausnera, z którego wynika, że rady są marginalizowane i wytwarza się, użyję tego słowa, folwarczny model zarządzania. Silna jednostka wykorzystuje władzę i podporządkowuje sobie wszystko i wszystkich. To jest takie myślenie: ja rządca, działam w imieniu właściciela, czyli suwerena, społeczności, narodu, więc mogę w zasadzie wszystko.

To jeszcze raz zapytam, czy rzeczywiście tylko partiom na tych bezpośrednich wyborach zależało? Przecież w wielu ośrodkach prezydent jest bezpartyjny.

Bezpartyjny. I rządzą znakomici samorządowcy.

CZYTAJ WIĘCEJ W MAGAZYNIE "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ">>>