Piotr Semka jest inny – i pewno dlatego przeciwnicy rodzimej prawicy szczególnie nienawistnie patrzą na tego człowieka z żelaza, który konsekwentnie broni określonego zestawu wartości i zarazem zachowuje elastyczność umysłu, ba, okazjonalnie nawet finezję (finezję, dodajmy, niedocenianą przez ogół prawicowych czytelników).

To chwalenie przyszło mi do głowy nie bez powodu – zawitałem na promocję książki wywiadu Jana Hlebowicza z Semką, a wiadomo, wypada wówczas książkę kupić. Czyta się ją bardzo dobrze. Semka jest produktem lat 80. Już tłumaczę: ówcześnie Semkowie wyrastali w walce nie tylko politycznej z wrogiem, nie tylko narodowej z półokupantem, oni uczestniczyli w ruchu społecznym, który patrzył w niebo. Zwykle religijni, ale niezbyt kościelni (jak Bill Clinton, który palił zioło, ale się nie zaciągał), zaangażowani po uszy w solidarnościowe podziemie, a zarazem, przekonani, że Solidarność ma anielskie skrzydła, jaśnieli pewnością, że MY pewnych rzeczy nie robimy. Szmaty z komunistycznych mediów, esbecy, mali duchem nauczyciele donosiciele robią, owszem, ale MY, nie, nigdy.

Potem mamy lata 90. Tacy ludzie jak Semka zostali poniekąd z pistoletem na wodę w ręku, kiedy środowiska skupione wokół "Gazety Wyborczej" rozdały karty – kto jest "oszołomem", kto "antysemitą", kto "światłym Europejczykiem". Semka i jego bliski przyjaciel Jacek Kurski, zbyt wierni wartościom narodowym, aby dostać glejt "światłego Europejczyka", zostali "oszołomami".

Jeżeli ktoś chciałby zrozumieć emocje bijące kiedyś w świecie dziennikarskim, kiedyś bardzo ważnym, musi książkę Semki przeczytać. To, co w niej smutne, to nie tylko niedająca się odpędzić myśl, dlaczego Jacek Kurski mniej dzisiaj przypomina Semkę, a bardziej antybohaterów swojej młodości. To też wątek niekłamanego bohatera polskiej wolności – i młodego Semki – Bogdana Borusewicza. Jak wielu innych bohaterów naszej młodości (jestem z Semką prawie równolatkiem) nagle zmęczył się dźwiganiem etosu. Solidarność brzydko się starzeje.