MAREK MIGALSKI: A od czego i kiedy zaczął się odwieczny konflikt między Serbami a Chorwatami? Nie sądzę, żeby łatwo dało się odnaleźć moment, w którym pojawiło się napięcie między
Lechem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem ani jakąś jego jednoznaczną przyczynę.
Tak. Niemal na pewno trzeba by się cofnąć do czasu przed wyborami roku 2005. Agresja, którą dziś tak jaskrawo widzimy, ma bowiem początek kilka lat temu.
Niestety tak. Niemniej stał się on jeszcze bardziej wyostrzony i widoczny - bo stał się walką już nie tylko między dwoma konkurencyjnymi politykami, ale między prezydentem i premierem -
kolejną polską "wojną na górze".
Rzecz w tym, że pozostawanie w stanie permanentnego konfliktu opłaca się obu stronom. Bo w polityce zupełnie nie sprawdza się porzekadło "gdzie dwóch się bije, tam trzeci
korzysta". Zaś komentatorzy, którzy wieszczą rychłe zmęczenie się społeczeństwa tym sporem, raczej nie mają racji. Gdyby ją mieli, po ostatnich dwóch latach bardzo ostrej,
brutalnej walki wyborcy odwróciliby się i od PO, i od PiS i poszukali "trzeciego", który mógłby być jakąś alternatywą wobec zwaśnionych stron. Tymczasem obie partie przez
ten czas rozszerzyły swój elektorat i to o miliony głosów. Prawda jest taka, że w polityce - jako chyba jedynej dziedzinie życia - gdzie dwóch się bije, tam obaj korzystają.
Skupienie uwagi opinii publicznej na tym sporze sprawia, że inne podmioty mają mniejszą szansę przebicia się. Wyborcy przyglądają się tylko temu. Przez to, że wciąż trwa tak emocjonujące
widowisko, polska scena polityczna została podzielona między dwóch aktorów. Przestrzeń publiczna została zagospodarowana, zapełniona. Nikt trzeci się nie wciśnie. W polityce nie można
odpuszczać ciosów. Wystarczy - jak ostatnio Giuliani, który przepuścił kolejne prawybory, zatrzymać się na moment i już znika się ze sceny.
Po części jest to rzeczywiście teatr. Nie jest to jednak tylko sztuka dla sztuki, lecz dobrze wykalkulowana polityczna rozgrywka. To właśnie dzięki niej nie zajmujemy się dziś merytoryczną
oceną i rządu, i prezydenta - a mogłaby być ona w niektórych kwestiach bardzo krytyczna - lecz kolejnymi spekulacjami, jaki będzie kolejny ruch jednej z kancelarii. Tymczasem w rzeczywistości
obie kancelarie robią na tym sporze znakomity interes, podsycając lub wygaszając go w zależności od bieżącej sytuacji swoich środowisk.
Raczej obie są "złe". Choć w kilku odsłonach tego dramatu inicjatywa należała do obozu prezydenckiego, w ostatnich dniach spór podsyca szczególnie strona PO - najpierw przez
ostentacyjne zachowanie ministra Sikorskiego, potem ustami samego premiera, który z troską żalił się o jakość spotkań z prezydentem. Być może dlatego, że znakomicie odwraca to uwagę
wyborców od rzeczywistych problemów rządu - z Budrykiem, z celnikami czy ze służbą zdrowia.
Są tylko dwa sposoby na zatrzymanie tego konfliktu. Pierwszy - jeśli któraś ze stron uzna, że zbliża się do granicy, za którą może być rzeczywista szkoda dla polskiej racji stanu. Wydaje
mi się, że zarówno prezydent, jak i premier wiedzą, że ta granica może być łatwo przekroczona. Druga możliwość natomiast byłaby taka, że okazałoby się, że sondaże opinii wskażą,
że dalsze brnięcie w konflikt po prostu się nie opłaca i powoduje silny spadek poparcia. Ale to niestety mało prawdopodobne.