Tym razem Michał Dworczyk "rzekomo” informuje swojego pryncypała o efektach swoich rozmów z towarzyskim odkryciem sezonu Jarosława Kaczyńskiego, (nazwaną tu Julią P.) prezes Trybunału Konstytucyjnego na temat trzech spraw, którymi zajmuje TK. Skutki finansowe dla budżetu spodziewanych orzeczeń są niebagatelne. I tak, jak wynika z "rzekomego” maila sprawa emerytur kobiet z rocznika 1953 mogła kosztować budżet od 250 mln do 1,5 mld, ale jak 7 stycznia 2019 Dwroczyk informował premiera, można było odetchnąć, bo orzeczenie "na razie odroczone”.

Reklama

Tak samo jak rozstrzygnięcie skargi konstytucyjnej dotyczącej świadczenia opiekuńczego dla rodzica niepełnosprawnego dziecka. Zasiłek ten w świetle przepisów był zbytkiem łaski ze strony państwa jeśli ów rodzic miał… rentę lub emeryturę. Na szczęście i tu nasz minister miał dobre wiadomości dla premiera bo orzeczenie, które mogło generować wydatki na poziomie 5 mld zł - swoją drogą ciekawe w perspektywie ilu lat - zostało odroczono do 19 lutego. Jakaż musiała być później radość jak się okazało, że w ostateczności niekonstytucyjność kwestionowanych zasad została stwierdzona dopiero w czerwcu 2019.

Tematem numer trzy była informacja o tym, że "na razie odroczone” jest postępowanie w sprawie tzw. służebności przesyłu. Od wyroku TK w tej sprawie zależy czy właściciele gruntów, przez które przebiegają różnego rodzaju instalacje (gazowe, energetyczne, wodociągowe, telekomunikacyjne etc.) dostaną za to wynagrodzenia od przedsiębiorstw przesyłowych i ewentualne odszkodowanie za wcześniejsze korzystanie z nieruchomości za frajer.

Przy tej sprawie warto się zatrzymać na dłużej, bo dotyczy wniosku z 2016 roku. Skład wyznaczony do jego rozpoznania miał jednak problem z uzgodnieniem spójnego stanowiska. Więc rok później Julia P go zmieniła. Kiedy jednak został przygotowany projekt rozstrzygnięcia, prezes TK najpierw wystąpiła do KPRM z pytaniem finansowe skutki wyroku, a po otrzymaniu odpowiedzi znowu zmieniła skład, między innymi umieszczając w nim swoją osobę. Nie muszę chyba dodawać, że wszystkie te żonglerki składem były dokonywane niezgodnie z przepisami, bo to już przecież żadna nowość, i pewnie państwo zdążyli przywyknąć.

Reklama

Wielokrotnie prosiłem KPRM o udostępnienie prognozowanych skutków finansowych rozstrzygnięcia w sprawie przesyłu, ale pytania dziennikarzy nie są przecież po to, by na nie odpowiadać. Dlatego przyznam szczerze, że jestem trochę zawiedzony, że w "rzekomym” rzecz jasna mailu Dworczyka mówi się o kilkunastu mld zł. Liczyłem szczerze mówiąc na bardziej dokładne wyliczenia. Ale jak widać nawet takie szacunku wystarczyły, by orzeczenie nigdy nie zapadło. Bo jak widać, jeśli się nie da stwierdzić, że obecne rozwiązanie jest niekonstytucyjne, to zawsze można po prostu nie stwierdzić nic.

Reklama

Nie jest to pierwszy raz gdy dobra zmiana udowadnia, że grzech zaniechania jest skuteczniejszym i łatwiejszym środkiem do uzyskania celu niż samo działanie. Starczy przypomnieć innowacyjny polski wkład w dziedzinę legislacji w postaci niedrukowania niekorzystnych wyroków, czy nawet niepublikowania uchwalonych i podpisanych przez prezydent ustaw.

Wracając do maila. Mamy więc czarno na białym, że prezes Trybunału Konstytucyjnego omawia z prawą ręką szefa rządu kwestie orzeczeń szczególnie wrażliwych dla stanu państwowej kasy. Owszem - nigdzie nie jest napisane, że termin rozpoznania wrażliwych finansowo spraw został w jakiś sposób dostosowany do oczekiwań władzy wykonawczej. Ba, jakichś gigantycznych ilościach dobrej woli można byłoby potraktować ten mail, jako zwyczajne neutralne sprawozdanie ze stanu zaawansowania prac Trybunału. Ot przechodził minister Dworczyk Aleją Szucha i postanowił wpaść na chwilę, zapytać o to, kiedy interesujące go sprawy wysoki trybunał rozpoznać raczy.

Tyle tylko, że mało kto ma tyle dobrej woli, albo mówiąc wprost – naiwności, by w to wierzyć, że nie jest to kolejny przykład serwilizmu prezes TK wobec władzy. Po wycieku, a raczej upublicznieniu tej wiadomości nie ma już chyba wątpliwości, że Julia P. jest bardziej ministrem dobrej zmiany oddelegowanym na odcinek sprawiedliwość konstytucyjna, niż z przedstawicielem odrębnej władzy, której psim obowiązkiem patrzenie dwóm pozostałym na ręce. Jednak, czy w świetle ostatnich ośmiu lat, czy naprawdę jest to zaskoczeniem?

Owszem, w zdrowej demokracji nawet sugestia takich relacji na drugi dzień zmiotła by ze stanowisk premiera, jego ministerialnego pomagiera i prezes TK. Wszyscy podaliby się do dymisji (ewentualnie w stan spoczynku). Kto wie, w niektórych państwach może nawet ich nazwiska skróciłyby się do inicjałów na skutek wszczęcia postępowania i postawienia zarzutów. Ale nic takiego tutaj nie nastąpi, bo przecież maile są "rzekome”.

Co prawda w wyniku tych "rzekomych” maili jeden z dziennikarzy musiał zamiast bieżącymi wydarzeniami i polityką, zająć skokami narciarski, a redakcja wpolityce z popłochu usuwać mocny wywiad, który minister zrobił sam ze sobą, ale przecież maile łatwo sfałszować. I zapewne akurat ten niechybnie spotkało.

Nie mam więc złudzeń, że ujawnienie tej wiadomości coś zmieni na lepsze. Za bardzo się wszyscy przyzwyczailiśmy do tego, że standardy są na poziomie dna, albo nieco niższym.

Oczywiście symetryści przypomną też zaraz orzeczenie w sprawie OFE, zapadłe jeszcze za poprzedniego Trybunału. Nie brakowało takich, którzy mówili, że ów nacjonalizacja prywatnych oszczędności emerytalnych Polaków była nie tyle zgodna z konstytucją co z budżetem. To prawda, tylko że grzechy jednych nie mogą nigdy stanowić usprawiedliwienia dla takich samych grzechów drugich.

Poza tym Trybunał Konstytucyjny orzekając o najróżniejszych sprawach nie może abstrahować od skutków finansowych swoich decyzji. W tym sensie nie ma nic nagannego w tym, że prezes TK pyta o to Radę Ministrów (o ile wszystko jest transparentne i nie trzeba z dokumentów wyciągać z gardła za pomocą sądów). Tylko, że na litość boską argument finansowy nie może być jedyny. A mam wrażenie, że przypadku przepisów o służebności przesyłu (pozostałe orzeczenia jednak ostatecznie zapadły) tak właśnie jest.

Poza tym trzeba pamiętać, że nie zawsze orzeczenie TK jest samowykonalne. To nie jest tak,, że wystarczy, iż TK wytnie jakiś przepis i już wszyscy są szczęśliwi. Najczęściej trzeba jeszcze wyrok wykonać. W tej sytuacji dziwię się, że minister Dworczyk poświęca tyle energii na ustalenie kiedy dane rozstrzygnięcie może zapaść, skoro dużo łatwiej można takiego wyroku generującego koszty – zwyczajnie nie wykonać.

Opiekunowie dorosłych osób z niepełnosprawnościami czekają na realizację wyroku w sprawie świadczeń pielęgnacyjnych już ósmy rok. Ósmy rok mimo korzystanego dla nich orzeczenia zamiast blisko 2 tys. zł, przysługuje im nieco ponad 600 zł i rząd nie kwapi się by to zmienić! I nie ma nadziei, że będzie inaczej. Zwłaszcza, jeśli trzeba coś zrobić dla najsłabszego elektoratu. Taki można po prostu zignorować.