: Sytuacja jest nieco inna niż może się nam wydawać tylko na podstawie doniesień naszych korespondentów. Ostatnie incydenty w stolicy Osetii Południowej, mają wiele
cech prowokacji. Trudno przypuszczać, aby Gruzja – po zeszłorocznej klęsce militarnej – marzyła o jej powtórce. Twierdzę jednak, że gdyby potwierdzić się miały
przewidywania o przerodzeniu się napięcia na granicy gruzińsko-osetyńskiej w kolejny konflikt zbrojny, to obawiać należałoby się przede wszystkim o Rosję, a nie o Gruzję. I nie w tym rzecz,
oczywiście, że Moskwa mogłaby ponieść wojskową porażkę, lecz o to, że dążenie do ponownej zmiany granic siłą na tym terytorium oznaczałoby ostateczne zerwanie przez władze rosyjskie z
doktryną, która była aż do wydarzeń z ubiegłego roku podstawowym elementem państwowej strategii.
Chodzi mi o doktrynę sformułowaną w 1991 roku w Białowieży. Na szczycie z udziałem prezydentów Jelcyna, Krawczuka oraz prezydenta Białorusi Szuszkiewicza, uchwalono nie tylko rozwiązanie
Związku Sowieckiego. Ustanowiono także – niezauważoną w istocie przez gros publicystów – klauzulę, która mówiła o nienaruszalności granic nowych państw i zachowaniu ich
kształtu z okresu, gdy były one republikami ZSRR. W ten sposób państwa postsowieckie uniknęły losu Jugosławii, owego kotła bałkańskiego, który do dzisiaj pełen jest krwi. Tym gestem
Jelcyn zasłużył sobie na chwałę, niezależnie od jego okrzyczanych gaf i błędów.
To prawda. Językiem polityki są jednak czyny. Dopóty dopóki Moskwa odwoływała się do tradycyjnej retoryki imperialistycznej jedynie w słowach, to z Bogiem sprawa. Imperia tym się różnią
od wszystkich innych typów państwowości, że muszą rozpychać się łokciami na mapie, wyznają – przyznając się do tego czy nie - ideologię Lebensraum. O ile ta ideologia
pobrzmiewała w słowach niektórych rosyjskich polityków, o tyle – aż do konfliktu gruzińskiego – nie była stosowana w praktyce. Wyjątek Naddniestrza potwierdza regułę.
Jak powiedział wybitny rosyjski reżyser i publicysta Daniił Dondurej: „Borys Nikołajewicz”, czyli Jelcyn, „rozwiązał podstawowy dla Rosji problem już na początku
XXI wieku. Choć uczynił to na bakier z obyczajami i z wielkimi dla ludności bólami, to wszystkich nas ocalił od rozlewu krwi”. Mam nadzieję, że ta myśl dotrze ostatecznie również
do pomysłodawców obecnej rosyjskiej polityki. Zarówno zeszłoroczna krwawa operacja wojenna, jak i tegoroczne groźby powtórzenia tej operacji, ta polityka kreślenia nowych granic –
wszystkie te działania są dla samej Rosji wysoce niebezpieczne.
Oznaczają one bowiem, że Kreml zmienił kryterium polityki w tej podstawowej dziedzinie z państwowego, na etniczne. A wprowadzenie tego kryterium przez Federację Rosyjską, która składa się z
autonomicznych republik i okręgów wielonarodowych, zamieszkanych często – jak Tatarstan – przez nierosyjską większość, prowadzić musi do wybuchu konfliktów
narodowościowych w jej obrębie. Wzrosną tendencje separatystyczne, pojawią się pomysły wykreślania na nowo granic republik – według tego samego, etnicznego kryterium –
czego Jelcynowi i spółce udało się mądrze uniknąć. Zasadę niezbędnej tolerancji i równouprawnienia obywateli zastąpi idea jednonarodowych i jednowyznaniowych formacji państwowych,
prowadząca w końcu do wojny domowej. Dlatego obawiam się o losy Rosji. Nie widać, aby Moskwa rozumiała, że posługiwanie się kryterium etnicznym w federacji, pełnej państw wieloetnicznych,
ciągnie za sobą ogromne ryzyko rozpadu. Zwiększa je rakowaty rozrost nacjonalizmu, godzący w „czarnych” przybyszów z Kaukazu i Azji Środkowej w Moskwie, a w Rosjan, w
odwecie, na peryferiach Federacji. Nie przypadkiem Nazarbajew, wielki przyjaciel Putina, przeniósł stolicę Kazachstanu z pięknej Ałma Aty do Astany, na odległą północ: tamtejsze prowincje
mają rosyjską większość ludności. A cóż, jeżeli nie groźba separatyzmu kazała Putinowi zastąpić wybieralnych gubernatorów prowincji – mianowanymi?
Pierwszym wyjaśnieniem, które się nasuwa, nie jest chęć postrzelania sobie w rocznicę poprzedniego konfliktu, ale – choć mam to tylko za część problemu – wielkie
pieniądze. Chodzi mi o gazociąg South Stream, który miał być rosyjską odpowiedzią na unijny projekt Nabucco, a którego realizacja jest pod coraz większym znakiem zapytania. Odszedł
przychylny temu projektowi rząd Bułgarii. Jednocześnie mają wciąż miejsce poważne rozmowy między Turcją a UE. Turcja jest zdeterminowana, by stać się członkiem Unii, a to oznacza, że nie
będzie popierała budowy South Stream przez własne wody terytorialne, co godzi w interesy UE, jeśli ta chce jedności. Ukraina z kolei wybroniła się dzielnie przed „propozycją nie do
odrzucenia”, jaką złożył jej Gazprom. Aleksiej Miller, szef Gazpromu, jest bez wątpienia człowiekiem zdolnym, ale kosztuje rząd rosyjski wiele. Dochody rosyjskie z handlu gazem i
ropą przyniosły Rosji 148 miliardów dolarów, kiedy trwał boom na te surowce. Z tego gigantycznego zysku stworzono tzw. fundusz rezerwowy, z którego zdążono w samym 2009 roku wydać 60
miliardów! W tych wydatkach mieściły się zapewne koszty projektów gazociągów północnego i południowego. I jedynym celem tych ekspensów jest ominięcie Ukrainy i odebranie Gruzji
możliwości uczestnictwa w tej energetycznej grze. Putin, jako niezwykle inteligentny i sprawny działacz państwowy – a nie jest to tylko szpieg na przepustce, jak to się niektórym
wydaje – musi zadać sobie dwa fundamentalne pytania. Po pierwsze, czy warto wyrzucać takie pieniądze na projekty w istocie zbytkowne – bo istniejące gazociągi biegnące przez
Ukrainę i przez Polskę są dla zaopatrzenia Zachodu w rosyjski gaz (i ropę) zupełnie wystarczające – i po drugie czy warto odchodzić od sprawdzonej i skutecznej doktryny państwowej z
Białowieży.
Próby zablokowania projektu Nabucco były przez Rosję podejmowane już wielokrotnie. Projekt South Stream jest jednak, powtórzmy to, bez rzeczowych szans na zyskowną realizację. W sytuacji gdy
Bułgaria, kraj tranzytu, zmieniła front na unijno-natowski, a Turcja dawno zmierza w tym samym kierunku, wybudowanie tego gazociągu jest marzeniem może nie ściętej, ale z lekka zamroczonej
głowy.
Chciałbym w to wierzyć. Zachód tym razem nie może tłumaczyć się zaskoczeniem. NATO ma nowego, a więc zmuszonego do wyrazistych działań, sekretarza generalnego, Andersa Rassmusena, który
już stworzył swoisty trust mózgów, do udziału w którym zaproszony został jeden z najwybitniejszych dyplomatów, Polak, prof. Adam Daniel Rotfeld. Także nowa administracja USA, prezydent Obama
oraz odpowiadająca za sprawy zagraniczne Hillary Clinton nie zechcą pchnąć Rosji na starą, zgubną dla niej samej, sowiecką drogę. Nie kupuje się pokoju, tolerując ekspansję.
W razie konfliktu zbrojnego? Jak najgorsze.
Tego niewątpliwie chciałby Kreml. Gruzini mają jednak to do siebie – co Polacy powinni akurat dobrze rozumieć – że chwalebne klęski wzmacniają tylko ich opór. Ta cecha
narodowego charakteru częstokroć przysparzała Gruzji (i Polsce!) nieszczęść, ale w tym wypadku może okazać się fortunna. Gdyby nie groźby rosyjskie, opozycja może i wzięłaby górę nad
Michaelem Saakaszwilim.
Na pewno nie powinna ograniczać się do wizyt dostojników na polu – daj Boże, niedoszłych – walk, zwłaszcza gdy ekscelencje nie mają w kieszeni podpisanego traktatu
lizbońskiego, tj. poparcia UE. To, co kraj nasz może i powinien teraz mieć na widoku, to los Ukrainy. Jest kolejna na liście sierot po imperium i o Ukrainę właściwie im chodzi. Gruzja to dla
nich przygrywka.
*Prof. Jerzy Pomianowski, pisarz, publicysta („Ruski miesiąc”, „Na wschód od Zachodu”, „Wybór wrażeń”), tłumacz Babla i Sołżenicyna, redaktor naczelny „Nowej Polszy”