Lech Kaczyński był w kropce. Radził się historyków, polityków, rozmawiał z dziennikarzami. Pytał redaktorów naczelnych DZIENNIKA i "Faktu", co sądzą o zmienionej ustawie lustracyjnej. W końcu zdecydował się podpisać nowelizację. Ale ponieważ pewne jej zapisy budzą jego wątpliwości, to w ciągu trzech najbliższych tygodni prezydent chce stworzyć projekt ustawy, która zmieniałaby tę nowelizację. I ma nadzieję, że zmiany uda się wprowadzić przed lutym, bo właśnie w połowie lutego wejdą w życie zapisy znowelizowanej ustawy lustracyjnej.
Według nowego prawa zniknie Sąd Lustracyjny i urząd Rzecznika Interesu Publicznego, a lustrowaniem zajmie się Instytut Pamięci Narodowej. IPN będzie wydawał zaświadczenie, czy na sprawdzaną osobę jest coś w archiwach Instytutu.
Problem jednak w tym, że jeśli ktoś został nieświadomie wpisany w rejestr SB jako "osobowe źródło informacji" i agenci wykorzystywali informacje od niego, nie informując go o tym, to według nowej ustawy będzie traktowany jak... agent. Bo w zaświadczeniu z IPN będzie wpisane tylko, że taka osoba figuruje w archiwach. I z tym właśnie prezydent się nie zgadza. Jak tłumaczy, pojęcie "osobowego źródła informacji wymaga wewnętrznej kategoryzacji".
Od dokumentu wystawionego przez Instytut Pamięci Narodowej będzie można odwoływać się do sądu cywilnego. Według zmienionej ustawy, szerszy będzie katalog osób podlegających lustracji (prezydent, parlamentarzyści, osoby pełniące najważniejsze funkcje w państwie, sędziowie, prokuratorzy, adwokaci, radcy, notariusze, naukowcy, szefowie państwowych spółek, dyrektorzy szkół, szefowie związków sportowych, rektorzy, członkowie rad nadzorczych mediów publicznych, nadawcy, dziennikarze, wójtowie, burmistrzowie, prezydenci miast, radni, dyrektorzy urzędów państwowych, dyplomaci, służba cywilna, szefowie ZUS, KRUS i NFZ).
W katalogu nie znaleźli się duchowni. Nowelizacja znosi ponadto nakaz zwalniania z pracy osób, które współpracowały z komunistycznymi specsłużbami, ale jednocześnie takiej możliwości pracodawcom nie odbiera.
Do sprawdzenia będzie nawet 400 tys. osób. Ale prezydent już zapowiada, że wydanie aż tylu zaświadczeń przez IPN nie będzie możliwe. Przede wszystkim dlatego, że Instytut nie jest skomputeryzowany.