Nawet najbliżsi współpracownicy inspektora Marca nie wiedzą, gdzie może się dzisiaj ukrywać. "Od dwóch tygodni spodziewaliśmy się, że prędzej czy później zostanie zatrzymany. Od wielu lat był prawą ręką zdymisjonowanego ministra spraw wewnętrznych Janusza Kaczmarka" - opowiada wysoki rangą oficer Komendy Głównej Policji.
Ślad Jarosława Marca urwał się dwa tygodnie temu. Ostatnim, który go widział, był Konrad Kornatowski. Razem zostali zatrzymani na krótką chwilę przez agentów ABW. Przeszukano im wtedy gabinety, mieszkania oraz odebrano telefony. Jednak nie zostali przesłuchani przez prokuratorów i wypuszczono ich na wolność.
"Marzec ma rodzinę za granicą. Najprawdopodobniej pojechał do bliskich, aby dojść do siebie. Wróci, kiedy sam o tym zdecyduje" - mówi jego przyjaciel.
Sam Marzec nie chce odpowiadać na żadne pytania. Reporterom DZIENNIKA przysłał jedynie kilka krótkich wiadomości. "Nie spotykam się, nie rozmawiam z nikim. Nie wiem, czy się wstydzić? A jeśli tak, to czego? Mam cholerne poczucie krzywdy, jaką mi wyrządzono" - pisze.
Jak się nieoficjalnie dowiedział DZIENNIK, Marzec dwa tygodnie temu był namawiany do przejścia na policyjną emeryturę. Kuszono go niezwykle wysoką podwyżką. Odmówił i zdecydował skorzystać z przysługującego mu prawa pozostania jeszcze rok w mundurze.
"Nie chcę odchodzić w niesławie. Przez całe życie łapał najtwardszych bandytów, więc łatwo się nie podda. Ciosem dla niego było uzasadnienie odwołania. Napisano mu, że traci stanowisko dyrektora Centralnego Biura Śledczego za brak efektów. Tymczasem na podstawie jego pracy minister Zbigniew Ziobro robił dziesiątki konferencji" - uważa oficer policji.