Posłowie chcieli przesłuchać męża tragicznie zmarłej b. posłanki, aby poznać jego pogląd w sprawie przebiegu zdarzeń tamtego dnia. "Czy wierzy pan w samobójczą śmierć żony?" - spytał świadka członek komisji śledczej Tadeusz Sławecki (PSL). "Nie odpowiem" - odparł Blida.

Reklama

Mówił, że ma pretensje do b. ministra sprawiedliwości - prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry, który już po śmierci żony oskarżał ją z trybuny sejmowej i mówił, że to zatrzymanie było zasadne. "Moim zdaniem dopuścił się manipulacji, bo nie ma i nie było dowodu, że żona dopuściła się przestępstwa" - mówił 64-letni Blida. Jak powiedział, ciągle analizuje ostatnie dni jej życia.

Od marca 2007 r. Barbara Blida miała mówić mu, że jej telefon chyba jest na podsłuchu. "Coś się z telefonem działo" - dodał. Blida chce, by komisja ustaliła, czy już po śmierci żony podsłuchiwano jego rozmowy z adwokatami. Mówił też, że jego żona była skonfundowana, gdy pewnego dnia, jadąc samochodem, pomyliła kierunek jazdy i nieoczekiwanie zawróciła - a za nią zrobił to inny samochód.

"Albo tak nieudolnie to robiono, albo specjalnie tak robiono. A jeśli tak, to było to zaszczucie" - ocenił. Dodał, że żona - widząc w telewizji zatrzymania takich polityków jak Aleksandra Jakubowska czy Emil Wąsacz - oceniała to jako "śmierć cywilną" osoby publicznej. Jak mówił, żona wspomniała kiedyś, że ona nie dałaby się wyprowadzić w kajdankach. "Bagatelizowałem to" - przyznał Henryk Blida.

Wcześniej podkreślał, że żona przed 25 kwietnia 2007 r. i wizytą ABW w ich domu, nie była w złym stanie psychicznym. Nie oglądała także wyemitowanego dzień wcześniej w TVP programu "Misja Specjalna" o tzw. mafii węglowej.

Według zeznań Henryka Blidy, wcześniej jego żona była wzywana do prokuratury jako świadek w sprawie związanej z Barbarą K., zwaną śląską Alexis, która była wieloletnią znajomą rodziny. Miała ona prawo przebywać w domu Blidów w Szczyrku, który rozbudowywali. Znajomość się zakończyła, gdy Blidowie odkryli, że Barbara K. zaprasza tam nieznane im osoby.

Barbara Blida - zeznawał jej mąż - gromadziła dokumenty zaprzeczające twierdzeniom Barbary K., że to ona finansowała dom w Szczyrku i to na kilkusettysięczną kwotę. Henryk Blida podkreślił, że to on zajmował się budową i dobrze zna wydawane kwoty; ocenił je na 80 tysięcy zł. Kopie faktur przedłożył komisji.

Jak mówił, rodzinę miał zbulwersować artykuł prasowy, w którym pisano, że Barbara K. wręczała Barbarze Blidzie kosztowne prezenty - co nie było prawdą. "Były prezenty, zwyczajowe. Na Śląsku jest taki zwyczaj, że jak się przychodzi w gości, to się coś daruje gospodarzom. I jak pani K. przyszła z prezentem, to żona idąc do niej też coś przynosiła" - powiedział świadek. Posłowie przypominali, że prokuratura nie zakwalifikowała tych prezentów jako korupcji.

Reklama

Według niego, 25 kwietnia 2007 r., gdy o godz. 6 funkcjonariusze ABW zapukali do drzwi domu Blidów w Siemianowicach Śląskich, nie padło z ich strony pytanie o broń, którą Blidowie mieli w domu. "Była w sejfie zamykanym na szyfr. Ten szyfr znała tylko żona i ja" - zapewnił Henryk Blida.

Jak twierdził, w miejscu - w którym stał z dwoma funkcjonariuszami ABW - nie widział, czy funkcjonariuszka Agencji, która miała odpowiadać za bezpieczeństwo żony, sprawdziła łazienkę, zanim weszła do niej Barbara Blida. Po tym, jak usłyszał huk i sam ruszył do łazienki, widział tę funkcjonariuszkę przed pomieszczeniem. Następnie - zeznał Henryk Blida - ABW kazała mu wyjść z domu i przed furtką czekać na pogotowie.

"Przyjechała najpierw jedna karetka, potem druga, wreszcie było tam wiele osób" - relacjonował. Jak powiedział, nie zaobserwował, w jakim stanie byli agenci ABW po śmierci Blidy, bo on sam był "w stanie tragicznym". Dodał, że nie pamięta, by ktokolwiek - czy to z ABW, czy z prokuratury - próbował podejść do niego i wyjaśniać, co się stało.

Jak mówił dziennikarzom szef komisji Ryszard Kalisz (SLD), świadek podkreślał, że funkcjonariusze ABW, którzy przyszli do domu Blidów, nie mieli na sobie służbowych kurtek z napisem ABW - wszystkie miała mieć przy sobie jedna funkcjonariuszka. "Więc badanie tych kurtek pod kątem śladów DNA czy prochu nie miało sensu, skoro żaden funkcjonariusz nie miał kurtki na sobie" - wskazał szef komisji.