Według Nałęcza, nie doszło do żadnych przecieków z Pałacu Prezydenckiego. Kontrowersje wokół ułaskawienia Adama S. to wynik dociekliwości dziennikarzy, a także poprzedniej kampanii wyborczej.

Reklama

"To efekt użycia przez Jarosława Kaczyńskiego i sztabu rodziny świętej pamięci prezydenta. Reflektory zostały rzucone na zięcia prezydenta. On to najwyraźniej polubił, zadeklarował, że będzie liderem pomorskiej listy, nawet premierem, a dziennikarze zainteresowali się tą sprawą" – mówił Nałęcz. Jak twierdzi, dziennikarze mają żal do Kancelarii za "niesłychanie skromną reakcję", a zięć Lecha Kaczyńskiego "znalazł się w pierwszej linii polskiej polityki i nie może mieć pretensji o zainteresowanie jego osobą przez media".

W Kancelarii zostanie przeprowadzony niezależny audyt dokumentów – zapowiedział Nałęcz. "Jeśli wszystko od A do Z było w porządku, to odetchnę z ulgą, bo mi zależy, żeby pamięć o poprzednim prezydencie była czysta i jasna. Ale znacząca część opinii publicznej chciałaby wyjaśnienia tej sprawy w imię pamięci o Lechu Kaczyńskim" – mówił.

Według niego Pałac Prezydencki nie ma zamiaru angażować się w kampanię wyborczą, więc nie ma też mowy o szukaniu haków. "Nie jesteśmy stroną w sporze" – stwierdził Nałęcz.

Ale ma też zastrzeżenia do urzędników pracujących dla Lecha Kaczyńskiego. "Mnie szczególnie zbulwersowało, że Lech Kaczyński ułaskawił niewiele ponad 200 osób, czyli od bardzo wielkiego dzwonu, a tu cały chór urzędników teraz mówi, że tego przypadku nie pamięta" – podkreślił.