Dziennik Gazeta Prawana logo

#RigamontiRazy2. Konstanty Radziwiłł w DGP: Punkt widzenia lekarski, nie tylko katolicki

12 grudnia 2015, 15:16
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Konstanty Radziwiłł
Konstanty Radziwiłł/Dziennik Gazeta Prawna
Procedura in vitro jest legalna, lecz to nie znaczy, że państwo musi ją finansować. Problem niepłodności zaczyna się w obszarze profilaktyki, więc będziemy się zajmować wszystkimi aspektami leczenia. Z Konstantym Radziwiłłem rozmawia Magdalena Rigamonti.

Po co panu ta polityka?

Po co mi polityka?

Tak, panu, lekarzowi.

To pytanie zmienia postać rzeczy. Nie mam w zwyczaju robienia w życiu czegoś dla siebie, zwłaszcza jeśli chodzi o moją działalność publiczną i zawodową. Może to są duże słowa, ale ja traktuję to, co robię, jako wezwanie do służby. I jako wyzwanie. I również tutaj, do ministerstwa, przyszedłem z tego powodu.

Po pańskiej nominacji odetchnęłam z ulgą, że to nie prof. Chazan został ministrem zdrowia.

Można być ekspertem, krytykiem, doradcą, działać w samorządzie lekarskim, w obszarze ochrony zdrowia, ale jeśli jest możliwość, to trzeba wziąć odpowiedzialność za sprawy publiczne i podejmować decyzje. Tak też zrobiłem.

Słyszę od ludzi z lekarskiego środowiska, że nie spełnił się pan w medycynie, że nie zrobił pan kariery, że doktoryzował się pan dopiero cztery lata temu, że nie został pan profesorem, to poszedł pan w politykę.

Każdy ma prawo do własnej oceny. Na początku mojej drogi zawodowej były pewne kłopoty, które przydarzyły się zupełnie nie z mojej winy, bo to były czasy tuż po stanie wojennym. W czasie studiów byłem jednym z przywódców Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Przez przypadek nie wylądowałem w tzw. internacie, bo po prostu mnie nie złapali. Potem udało mi się wrócić na studia, skończyć je, ale pomimo że byłem jednym z najlepszych studentów, to pracy dla mnie nie było.

Tylko przez politykę czy też przez nazwisko?

Nie przez nazwisko, bo to już nie te czasy. Nazwisko to był problem mojego ojca i poprzedniego pokolenia. Przez politykę – jeśli można nazwać to polityką – bo byłem działaczem NZS. Miałem kłopoty z zatrudnieniem, mało brakowało, by mnie wyrzucili z Warszawy. Załapałem się w nowo powstającym Ursynowie do przychodni jako lekarz rejonowy i byłem szczęśliwy, że w ogóle pracę dostałem. Okazało się, że jest to dziedzina, którą później nazwano medycyną rodzinną, w której można się świetnie realizować. Muszę powiedzieć, że byłem bliski płaczu, kiedy w momencie przejścia do Ministerstwa Zdrowia musiałem zrezygnować z praktyki lekarskiej, z prowadzenia swojej przychodni.

>>>Więcej w elektronicznym wydaniu DGP>>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj