W audycji Polsat News ponownie zapewnił, że nie był "agentem", a takie listy rozsyłano na polecenie Kiszczaka.

W grudniu 2004 roku generałowie Czesław Kiszczak i Florian Siwicki udzielili listownej reprymendy Lechowi Wałęsie po jego wypowiedzi w telewizji. Były prezydent utrzymywał publicznie, że w grudniu 1981 r. miał wiedzę, iż masakra strajkujących w kopalni "Wujek" górników była zaplanowana - czytamy na stronie polskieradio24.pl.

Dziennikarze Polskiego Radia i Rzeczpospolitej dotarli do szkicu listu do Wałęsy, napisanego własnoręcznie przez gen. Czesława Kiszczaka, byłego szefa MSW 14 grudnia 2004 r. Miała to być odpowiedź na słowa Lecha Wałęsy, które wypowiedział w programie telewizyjnym "Z Wałęsą na rybach" z 12 grudnia 2004 r. Wałęsa miał wyznać: - Już po internowaniu, ale jeszcze przed wydarzeniami z kopalni "Wujek" dzwonili do mnie generałowie. Jeden z nich powiedział, że musi kilku zginąć, żeby zastraszyć [naród – uzup. autorów]. Ujawniam to po raz pierwszy... Jak zaznaczają dziennikarze "Lech Wałęsa nigdy wcześniej ani później nic podobnego nie mówił".

Wśród "Kiszczak Papers" odnaleziono szkic listu do Wałęsy napisany przez byłego szefa MSW. Jest on znacznie ciekawszy od tego wysłanego oficjalnie dwa dni później. "Widać w nim wyraźnie, że generałowi puściły nerwy i zamierzał parę rzeczy Wałęsie wypomnieć" - piszą dziennikarze. W odnalezionym brudnopisie Kiszczak pisał do Wałęsy: "Jak wiadomo pierwsze dni stanu wojennego spędził Pan w dobrze urządzonej i zaopatrzonej willi MSW, w Chylicach k. Piaseczna. Odwiedzali Pana biskupi i księża, a także wysocy przedstawiciele Międzynarodowej Organizacji Pracy, Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, Polskiego Czerwonego Krzyża, oficerowie Służby Bezpieczeństwa i wiele innych osób. Podejmował ich Pan obiadami".

O skomentowanie tych doniesień Wałęsa był proszony w czwartek w programie "Graffiti" w Polsat News. Były prezydent zapewniał, że Kiszczak takiego listu nie napisał. - Kiszczak, pomimo jego kiepskich zasług, to był dość inteligentny i nigdy by takiego listu nie napisał. I go nie napisał - mówił Wałęsa.

Przekonywał też, że Kiszczak "znał prawdę, wiedział, że on (Kiszczak - PAP) zlecał pisanie tych tekstów, bo chodziło o to w tamtym czasie, aby mi zabrać poparcie, aby mnie zohydzić społeczeństwu". "I dlatego rozsyłano takie listy" - mówił Wałęsa.

- Powtarzam, że nigdy by nie mógł napisać, bo wiedział, że nigdy nie byłem agentem, tylko agentem (mnie) robiono, (...) żebyście wy w to uwierzyli. I wam przysyłano listy - zapewniał b. prezydent.

Wałęsa mówił także, że "nawet do (Anny) Walentynowicz zawieziono teksty, żeby ona uwierzyła, że jestem agentem, bo chodziło o to, żebym ja stracił poparcie. To była walka. Oni nie chcieli mnie na agenta, (...) mieli lepszych, tylko chcieli, żebyście wy robili ze mnie agenta" - tłumaczył.

Wałęsa odniósł się także do znaczenia takich listów w sytuacji, gdy kandydował na prezydenta Polski i wygrał wybory. - Kiedy "zastartowałem" na prezydenta, nastąpiła sytuacja odwrotna. Te listy, które Kiszczak wysyłał do was, one zaczęły wracać do Kancelarii Prezydenta. Te listy zbierał minister (spraw wewnętrznych, Krzysztof)Kozłowski i wkładał w kopertę. Przejął to (Antoni) Macierewicz, uznał to za teczkę "Bolka", zobaczył to (Jarosław) Kaczyński i na razie nie uznawał ich, bo wiedział, że to jest "lipa". Ale po jakimś czasie, kiedy przygotował paru ludzi, by dopasowali te listy, zaczął głosić, że to jest teczka "Bolka". Taka jest prawda - mówił Wałęsa.