Te jabłka, które rzeczywiście bardzo zdrożały, ale nie tyle z powodu zaniedbań rządu co mocnych, wiosennych przymrozków, i to nieweryfikowalne podkreślenie "już wkrótce" najlepiej pokazują arsenał , jakiego używała w tej bitwie Platforma, jak bardzo się zmieniła od starcia w 2005 roku. Z jaką konsekwencją wdrażała w życie zasadę sformułowaną przez jednego z jej sztabowców, który przekonywał, iż "urwie łeb każdemu, kto choć raz wspomni o kosztownych reformach i nieuniknionych cięciach". Nie wiem, czy ktokolwiek stracił głowę, ale wątki oszczędnościowe zniknęły z retoryki PO na dobre. Zamiast tego sporo haseł, które z powodzeniem mogłoby wykorzystać także Prawo i Sprawiedliwość, jak choćby "By żyło się lepiej" z dodanym w pewnym momencie zapewnieniem: "Wszystkim!".
Trzeba było uważnej obserwacji, by dostrzec tę zmianę. Szyld i lider się przecież nie zmienili, deklarowana ideologia również, partia była ta sama, podobnie sztabowcy. Ale ta sama nie znaczy taka sama. Długi cień poprzedniej, przegranej przez PO kampanii wszystkim ludziom Platformy przypominał, że nie wystarczy być przekonanym, iż ma się rację. Że trzeba jeszcze do tego przekonać Polaków. Unikać głupich błędów, zbyt otwartych deklaracji i łatwych piłek rzucanych przeciwnikowi. Ktoś przecież w PO musiał dostrzec, jak niebezpieczny może być postulat prywatyzacji szpitali - i ktoś go z programu wyborczego wykreślił, choć był przecież jeszcze w majowym planie rządzenia.
To chyba był klucz do tego zwycięstwa. Patrząc z tej perspektywy, można powiedzieć, że na placu boju stanęła partia już nieliberalna w duchu KLD z lat 90., niemarząca o radykalnym szarpnięciu cuglami. Dziś to formacja dużo bardziej pogodzona z polską rzeczywistością jak choćby z istnieniem Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego.
Ta strategia uczyniła ją dużo bardziej akceptowalną dla wyborcy pragnącego zmiany politycznego stylu, chcącego racjonalizacji polskiej polityki, ale bojącego się kolejnego planu Balcerowicza, nielubiącego liberalnych dogmatyków. I to chyba przeoczył PiS nadal widzący Platformę stojącą tam, gdzie była dwa lata temu. Gdy partia Kaczyńskiego uderzała w sprawę prywatyzacji szpitali, spodziewała się pewnie, że formacja Tuska wejdzie w ten spór na PiS-owskich warunkach. Że usłyszy: "tak, chcemy tego, bo to będzie dobre dla ochrony zdrowia". Zamiast tego usłyszała zaprzeczenia: "A gdzie myśmy to zapisali?", a do tego kontratak i mocny zarzut: w ochronie zdrowia nigdy nie było tak źle jak za rządów PiS.
Jest i druga strona medalu. Bo także Platforma spotkała innego niż dwa lata temu przeciwnika. Po pierwsze był to przeciwnik rządzący. I zaskakująco chętnie w obronę swoich rządów wchodzący. Rację ma politolog dr Marek Migalski, gdy wskazuje, że to najpoważniejszy błąd PiS-owskiej kampanii, że ludzie Kaczyńskiego próbowali przekonywać Polaków, jak dużo lepiej im się żyje, a w ogóle nie podnosili kwestii przerwanej, bo zaledwie 2-letniej, i do tego bez większości w Sejmie, kadencji. W tej sprawie to Platforma narzuciła własną, najbardziej klasyczną z możliwych oś podziału: opozycja kontra władza, zmiana przeciw kontynuacji, świeżość przeciw rządowym limuzynom. Ta nutka populizmu, to branie na pokład każdego dużego nazwiska, to przekonanie, że nie tylko PiS może zamknąć oczy na komplikacje świata i jechać ostro, czasem po bandzie, że to samo może także Tusk, narastało w PO powoli. Ale kiedy uznano je za obowiązującą zasadę, kiedy do recenzowania rządzących dołożono smakowite obietnice lepszego życia, zbudowania nowej Irlandii, złożyło się to w wyborczy sukces.
Co najdziwniejsze, PiS do końca nie uzmysłowiło sobie tej pułapki i z determinacją lepszej sprawy otwierało kolejne mosty - czasem naprawdę powstałe dzięki władzy, ale najczęściej dużo wcześniej zaczęte i dawno ukończone. W efekcie Polacy w końcówce kadencji zaczęli dostrzegać w PiS nie tylko siłę używającą haseł głębokich reform, języka rewolucji, ale także i władzę odpowiedzialną nie tylko za swój dorobek, ale i za to, co w kraju złe.
Efekt tego starcia był dla Platformy zwycięski. Po pierwsze dlatego, że była to już ostatnia prosta tej kampanii i konkurent nie zdołał narzucić nowego tematu. A po drugie, bo jego kulminacja zbiegła się z najbardziej widowiskowym i najważniejszym starciem tych wyborów, jakim była debata Tusk - Kaczyński. Debata jednoznacznie przegrana przez lidera PiS. Swoje znaczenie miała tego wieczoru publiczność, jednoznacznie, a chwilami bardzo agresywnie wspierająca Tuska, oraz wyraźny brak formy Jarosława Kaczyńskiego. Ale kluczowe było ustawienie się obu dyskutantów. Donald Tusk stał się wtedy przede wszystkim liderem opozycji, niewnikającym za bardzo w szczegóły i obiektywne trudności, pytającym za to zdecydowanie o tych, którym nie żyje się dobrze, o tych, którzy wyjechali. Kaczyński był zaś w tym starciu przede wszystkim premierem. Nie mówił w imieniu PiS, ale w imieniu rządu. Nie atakował, ale bronił.
Wydaje się też, że za wcześnie poczuł się zwycięzcą. Już w poprzedniej debacie stwierdził, że nie wyklucza zdobycia samodzielnej większości. Taki nastrój, taki przedwczesny triumfalizm zawsze osłabiają czujność, powodują zlekceważenie przeciwnika. I skłaniają do zapominania nawet o własnych kampanijnych zasadach. Dlatego też Tusk nigdy w tej kampanii nie powiedział: "Tak, zostanę premierem". Co najwyżej: "Jak wygram, będę chciał tworzyć rząd". Dociskany odpowiadał, że już raz dał się przed wyborami zrobić prezydentem.
A przecież podstawową zasadą wszystkich zwycięskich PiS-owskich kampanii była do tej pory świadomość, że każdy temat, każdy przekaz da się przykryć innym. A jednak, kiedy kilka tygodni przed wyborami PiS skutecznie narzucił temat korupcji, kiedy najpierw skutecznie zdyskredytował Janusza Kaczmarka i jego rewelacje, a potem spotami o oligarsze z cygarem i skorumpowanym salonie dopełnił dzieła, to sam uznał, iż to już koniec kampanii. Że nic już się w tej kampanii nie wydarzy. Że żadne drożejące jabłka, mało zarabiająca budżetówka, ofiary wypadków drogowych czy emigranci w zwycięstwie mu nie zaszkodzą. Że wystarczy mieć jeszcze w zanadrzu sprawę byłej posłanki PO Beaty Sawickiej, by wygrać.
I może by wystarczyło, gdyby nie zdolność sztabowców PO do kontrataków. Po ujawnieniu materiałów CBA Tusk nie dał się sprowokować do frontalnego ataku na tę służbę specjalną. Odwrotnie: zapowiedział jej pozostawienie, a nawet rozszerzenie jej uprawnień przy pogłębieniu kontroli parlamentarnej. Po tym oświadczeniu spokojnie mógł już punktować przeciwnika: wskazywać na polityczny charakter ujawnienia nagrań trzy tygodnie po zatrzymaniu posłanki, wybijać dziwną zbieżność pomiędzy spotami PiS o prywatyzacji szpitali a tym, co mówiła posłanka, wreszcie skorzystać z łzawego (oficjalnie niekonsultowanego z PO) oświadczenia łasej na pieniądze byłej działaczki.
I tu pojawia się kolejna, niewidoczna z zewnątrz różnica pomiędzy Tuskiem z 2005 roku a obecnym. Wtedy był sam. To znaczy stali obok niego ludzie na wiecach, ale kiedy zapadał zmrok, zostawał w sejmowym gabinecie co najwyżej z asystentem w przedpokoju. Tym razem było inaczej. Kiedy wraz z Piotrem Zarembą przeprowadzałem z nim ostatni wywiad dla DZIENNIKA, a była prawie 10 wieczór, w klubie Platformy i na korytarzu kłębił się tłum działaczy. Od Grzegorza Schetyny po Jarosława Gowina. Od asystentki pilnującej, by herbata była natychmiast, po sztabowca Macieja Grabowskiego. To niby niewiele, ale wystarczająco, by czuć, że partia jest za nim i z nim. I by odpowiedzialność za ewentualną porażkę można było potem podzielić pomiędzy wszystkich, a nie czekać, aż zakrzykną: "Donald, znowu zepsułeś". Ta pełna mobilizacja działała też w kampanii. Jeden ze sztabowców opowiadał, jak stanowczo lider PO egzekwuje od osób odpowiedzialnych za poszczególne obszary ich zobowiązania. I że w przypadku zawalania spraw to nie są przyjemne rozmowy. Tu Tusk zapłacił też dużą cenę - ostatecznie i chyba na zawsze wypadł z jego partii Jan Rokita. Wzrosła rola i znaczenie ludzi mówiących liderowi ciepłe słowa.
Wygrała Platforma z rozmytym nieco programem rządzenia, w jakiś sposób podobna do wszystkich poprzednich zwycięzców, mówiąca w kampanii przede wszystkim miłe słowa. To w zupełności wystarczyło, by za pomocą "jabłkowej" kampanii pokonać PiS. I było to dużo ważniejsze niż przeżywane przez elity, a mniej istotne dla większości Polaków, alarmy o stanie demokracji.
Jednego Tusk nie zmienił - choć kandyduje z Warszawy, głosował w Sopocie. Sobotę spędził z rodziną, która była też z nim w czasie wieczoru wyborczego w niedzielę. Dziś obudził się - chce czy nie chce - jako premier Tusk. Nic już nie będzie takie samo. A każde słowo obietnicy wypowiedziane w tej kampanii będzie ciążyło jak kamień. Oby tylko wiosną przymrozki znowu nie przetrzebiły sadów.