To tłumaczyłoby, dlaczego pilnująca jej Barbara Palenik, doświadczona pracownica ABW, nie zdążyła zareagować. Ta hipoteza oznaczałaby też, że funkcjonariusze popełnili błąd, rezygnując z rewizji osobistej byłej posłanki.
Z rozmowy DZIENNIKA z Henrykiem Blidą wyłania się następujący, prawdopodobny przebieg wypadków. W środę rano, 25 kwietnia, po Blidę do jej domu w Siemianowicach Śląskich z nakazem zatrzymania i rewizji przychodzą agenci ABW. Otwiera im mąż byłej posłanki. Jest godzina 6.03. W tym czasie Barbara Blida znajduje się na piętrze w sypialni. Słyszy podniesione głosy. Bierze z szuflady z szafki przy łóżku rewolwer. Jest zaniepokojona, bo nie wie, kto przyszedł. "Ta broń mogła być w sypialni i Barbara mogła ją wziąć, bo nie wiedziała, co się dzieje na dole" - mówi Henryk Blida.
I dodaje, że już wtedy jego żona mogła ją włożyć do kieszeni szlafroka. Barbara Blida powoli schodzi do salonu. Spokojnie rozmawia z Grzegorzem Skrabanią, dowodzącym akcją oficerem ABW. Czyta postanowienie Prokuratury Okręgowej w Katowicach o zatrzymaniu i przeszukaniu mieszkania.
Zostają jej postawione mocne zarzuty pośredniczenia w przekazywaniu łapówek tak zwanej mafii węglowej. Chwilę potem mówi, że przed wyjściem z domu chce pójść do łazienki. Dostaje zgodę. Żaden z funkcjonariuszy nie przeszukuje jednak posłanki, nie zwraca uwagi na prawą kieszeń szlafroka, gdzie jest rewolwer.
Pilnująca jej Palenik przystaje na prośbę Blidy i na chwilę - według jednej z wersji prokuratury - odwraca się tyłem. Pada strzał. Według innej wersji, funkcjonariuszka mogła wyjść z pomieszczenia, przymykając drzwi. Mimo wszystko trudno zrozumieć, dlaczego Blida miałaby trzymać broń w łazience? Kupiła ją przecież, bo czuła się zagrożona. Naturalne wydaje się, że trzymała ją przy sobie. "Nie rozumiem, skąd ten rewolwer miałby znaleźć się w łazience" - mówi Henryk Blida.
I przypomina, że jego żona była do broni marki Astra bardzo przywiązana. Często chodziła na strzelnicę. Używała też różnych rodzajów nabojów. "Nie wykluczam, że mogła sądzić, iż ten strzał jej nie zabije. Broń była naładowana trzema różnymi rodzajami nabojów: gazowymi, używanymi przez antyterrorystów tak zwanymi pociskami niepenetrującymi oraz amunicją ostrą" - mówi. Trzy pudełka z taką amunicją Blida kupiła wraz z rewolwerem.
Zdaniem Henryka Blidy. mogła zakładać, że pierwszy wystrzeli nabój gazowy lub ten niepenetrujący. Tak się stało, wystrzelił nabój niepenetrujący, który jednak ją zabił. "Może chciała tylko zademonstrować sprzeciw wobec takich metod? Zawsze przecież mówiła, że nikomu nie chce tym rewolwerem zrobić krzywdy" - zastanawia się Henryk Blida.
Na to pytanie nie odpowie ekspertyza, na którą od kilku miesięcy czeka prowadząca śledztwo Prokuratura Okręgowa w Łodzi. Jej prokuratorzy chcą ustalić, czy funkcjonariusze ABW zaniedbali swoje obowiązki i popełnili przestępstwo.
"Eksperci z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji w Warszawie wydadzą ekspertyzę co do przebiegu wydarzeń w domu Barbary Blidy i zweryfikują postawione przez śledczych hipotezy. Wyniki ekspertyzy powinny trafić do prokuratury do 15 listopada" - mówi Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi. Ale i on, i inni prokuratorzy odmówili rozmowy na temat hipotezy Henryka Blidy.
Nie wiadomo więc, dlaczego - jak twierdzi Blida - prokuratorzy nie zapytali go o to. Na razie żadnemu z funkcjonariuszy nie postawiono zarzutów. Oficerowie ABW zaangażowani w akcję zatrzymania Blidy i śledztwo w sprawie "mafii węglowej" są od kilku miesięcy w dyspozycji szefa ABW. "To rodzaj zamrażarki. Takie osoby zazwyczaj po roku są zwalniane ze służby" - mówi jeden z naszych rozmówców z ABW.