Najpierw niewłaściwa ocena podsłuchanych przez amerykańską służbę specjalną NSA rozmów prowadzonych przez ludzi Al-Kaidy planujących atak na samolot lecący z Amsterdamu do Dietroit.
Kilka dni później krwawy atak niedoszłego informatora CIA na bazę w afgańskim Choście. Amerykańskie agencje wywiadowcze znów znalazły się pod pręgieżem. Krytycy nie mają złudzeń:
utrzymywane za miliony dolarów instytucje popełniają te same błędy co przed zamachami z 11 września 2001.
To co wydarzyło się w środę 31 grudnia w Choście przejdzie do historii jako jeden z dwóch najkrwawszych i zarazem najskuteczniejszych ataków na CIA. Afgańczyk, który w bazie Chapman odpalił
zamontowany na swoim ciele ładunek wybuchowy zabił za jednym zamachem siedmiu ludzi z Langley. Do tej pory podobny wyczyn udał się tylko szyickiemu Hezbollahowi, który w 1983 wysłał
zamachowcę samobójcę pod ambasadę USA w Bejrucie. W zamachu zorganizowanym przez tę działającą w Libanie oraganizację zginęło jednocześnie 8 oficerów CIA (w sumie było ponad 60 ofiar
ataku). W całej historii Centralnej Agencji Wywiadowczej (od 1947 roku) zginęło 90 funkcjonariuszy. Od zamachów z 11 września, czyli początku tzw. wojny z terroryzmem - czterech.
Rebelianci uderzyli w samo serce amerykańskiej ofensywy w Afganistanie. Baza Chapman w Choście to najważniejszy punkt na mapie operacji przeciw ugrupowaniu Dżalaludina i Siradża Haqqanich. Tzw.
sieć Haqqanich to w tej chwili najważniejszy wróg USA w południowo-wschodnim Afganistanie. Według Waszyngtonu organizacja blisko współpracuje z Al-Kaidą i odpowiada za najkrwawsze zamachy na
cele cywilne i wojskowe. Haqqani ojciec i syn słyną z ataków za pośrednictwem samobójców przebranych w burki i udających kobiety (wiele organizacji rebelianckich gardzi takim stylem
prowadzenia wojny).
Amerykański wywiad od jesieni 2001 poluje na Haqqanich na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Bronią są bezzałogowe i uzbrojone w rakiety samoloty Predator, które startują między innymi z
lotniska w bazie Chapman. Jak pisał brytyjski dziennik „Guardian” w Choście znajduje się również nadzorowane przez CIA więzienie, w którym przetrzymywani są rebelianci
podejrzani o związki z siecią Haqqanich i Al-Kaidą.
Baza Chapman jest jedną z kluczowych stacji CIA i właśnie dlatego szefostwo agencji po środowym zamachu musi tłumaczyć się dlaczego rebeliantom za jednym zamachem udało się niemal
zlikwidować placówkę.
Uderzenie w bazę Chapman to niejedyna poważna porażka amerykańskich służb w ciągu ostatnich kilku tygodni. Jak pisze amerykański „New York Times” dysponująca
najnowocześniejszym sprzętem Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) już cztery miesiące temu podsłuchała rozmowy prowadzone przez członków Al-Kaidy, z których wynikało jednoznacznie:
organizacja planuje atak na samolot lecący do USA a zamachowcem będzie Nigeryjczyk. Mimo tego, że dane od NSA trafiły do innej służby specjalnej Narodowego Centrum Antyterrorystycznego
(National Counterterrorism Center powołano w 2004. Statutowym zadaniem NCC jest koorydnowanie działań agencji odpowiedzialnych za walkę z organizacjami terrorystycznymi) nie powiązano ich w
logiczną całość. Nawet mimo tego, że ojciec niedoszłego zamachowcy - Alhadżi Umaru Mutallab doniósł amerykańskiej ambasadzie w Nigerii o związkach swojego syna z terrorystami (Alhadżi
według NYT pokazywał amerykańskim dyplomatom smsy od syna, który informował o swoim pobycie w jemeńskim obozie szkoleniowym Al-Kaidy). Ostatecznie zamach udaremniły nie służby wywiadowcze,
tylko przypadkowi ludzie, którzy obezwładnili odpalającego ładunek wybuchowy Umara Faruka Abdulmutallaba na pokładzie Airbusa A-330 lecącego z Amsterdamu do Dietroit.