Skala koniecznych amputacji jest rzeczywiście wyjątkowo duża. Od czasu XIX-wiecznych wojen, jak wojna krymska czy secesyjna, nie przeprowadzano tak dużej liczby zabiegów. Dla
porównania przez całą wojnę w Wietnamie dokonano amputacji kończyn u nieco ponad 5 tys. amerykańskich żołnierzy. Podczas trzęsienia ziemi upadające kawałki budynków powodują tak dotkliwe
uszkodzenia tkanki mięśniowej, układu nerwowego i kości, że często nie ma innego wyjścia. Ale na Haiti ten problem jest o wiele większy, niż gdyby porównywalny kataklizm zdarzył się w
Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej. W bogatych krajach ranni są natychmiast operowani w wyspecjalizowanych szpitalach, u nas przytłaczająca większość czekała na pomoc wiele dni,
czasem nawet dwa tygodnie. W tym czasie, w fatalnych warunkach sanitarnych i przy upale, często dochodzi do zakażenia. Wtedy nawet niewielkie rany stają się groźne i aby ratować życie
pacjenta, trzeba odciąć kończynę. Codziennie przeżywamy takie dramaty. Wczoraj przywieziono do szpitala dwuletnią dziewczynkę, która nie miała czucia w nodze, musieliśmy ją amputować.
Tak, ale też wielu Haitańczyków, którym udało się do nich dostać w pierwszych dniach po trzęsieniu, miało źle przeprowadzone zabiegi chirurgiczne. W prowizorycznych punktach brakuje
przecież odpowiednich narzędzi, środków dezynfekujących, doświadczonych chirurgów. I wtedy też często dochodzi do zakażeń, a w konsekwencji znów konieczne są amputacje.
Nie, i to z dwóch powodów: brakuje czasu i pieniędzy. Aby zminimalizować konsekwencje amputacji, z operacją trzeba się spieszyć. Im większa część kończyny jest zakażona, im dłużej krew
nie jest stymulowana, a mięśnie wiotkie, tym większa część nogi lub ręki musi zostać odcięta. A wtedy trudniej zamontować taką protezę, którą pacjent mógłby poruszać. Do tej pory w
całym kraju wykonaliśmy tylko dwa tysiące operacji.
To nierealne, ci ludzie potrzebowali natychmiastowej pomocy. Nie przeżyliby podróży, nie mówiąc o kosztach. W amerykańskim szpitalu operacja amputacji i rehabilitacja kosztuje kilkadziesiąt
tysięcy dolarów. Nikt takich sum nie zapłaci. Do Porte-au-Prince zawinął okręt szpitalny amerykańskiej marynarki. Niestety dopiero 10 dni po trzęsieniu.
czytaj dalej
Na pewno nie. Przed trzęsieniem nasza organizacja założyła jedyny warsztat na Haiti, gdzie na miejscu produkowaliśmy proste protezy. Skala naszego działania już wówczas była niewspółmierna
do potrzeb. Zaczęliśmy wytwarzać protezy w 1998 r., a przez 10 lat udało nam się ich wyprodukować nieco ponad tysiąc. W zakładzie pracowało sześciu haitańskich techników. Każdy pacjent
płacił tyle, ile mógł. Siłą rzeczy ze względu na narzędzia i materiały, jakimi dysponowaliśmy, były to najprostsze, drewniane protezy, które tylko z grubsza mogły pasować do
zastępowanej ręki lub nogi. Montowaliśmy chorym protezy zakończone np. hakiem, a nie imitacją ręki, pacjent mógł wykonywać jedynie proste prace. Ale przynajmniej coś miał. W czasie
trzęsienia zakład został zniszczony, a nowoczesne protezy sprowadzane z USA kosztują kilkanaście tysięcy dolarów. Dodatkowo, aby były skuteczne, pacjent musi przejść wielomiesięczną
rehabilitację, podczas której nauczy się, jak poruszać sztuczną kończyną, stymulować odpowiednio mięśnie. W warunkach Haiti to wszystko brzmi jak bajka.
Na razie nie słyszałem o tym. Koncerny medyczne to w końcu prywatne przedsiębiorstwa, dla których ważny jest przede wszystkim zysk. Obawiają się, że gdyby na Haiti dostarczono dużą liczbę
drogich protez, zostałyby one przemycone z powrotem do USA i zachodniej Europy. Tak działa czarny rynek. Słyszałem, że w Stanach Zjednoczonych ȁE;Lekarze dla PokojuȁD; rozpoczęli zbiórkę
używanych protez. W czwartek do Haiti ma przylecieć z Utah grupa 150 rehabilitantów. Negocjujemy z organizacją Handicap International możliwość przekazania funduszy na uruchomienie produkcji
protez. Tym razem chcemy, aby były to plastikowe odlewy. Prawdopodobnie taki zakład zostanie uruchomiony obok lotniska przy Port-au-Prince.
W szpitalach jest tak mało miejsc, że po paru dniach dostają kule, a często tak naprawdę jakąś żerdź i muszą sami sobie radzić. Często ci ludzie nie mają rodzin, domów, trafiają więc
na ulicę. Dziś musieliśmy odesłać młodego mężczyznę, który stracił nogę. Trzymał się kurczowo łóżka, wiedział, że jak je puści, zacznie się dla niego gehenna. Ale nie mamy
wyboru. Musimy przede wszystkim myśleć o następnym pacjencie, który jeśli nie zostanie natychmiast operowany, po prosto umrze.
Wcześniej nie było o tym mowy, a co dopiero teraz, kiedy wszystko jest zniszczone! Przecież to kraj, w którym większość ludzi musi przeżyć za dwa dolary dziennie. We wszystkich pańswtach,
które żyją w nędzy, osoby po amputacjach natrafiają na podobne problemy. Ale różnica w stosunku do Angoli czy Kambodży, gdzie wiele tysięcy osób straciło nogi z powodu min, polega na tym,
że tam był to proces rozłożony na wiele lat. Organizacje humanitarne, a także władze mogły więc stopniowo uruchomić schroniska i inne formy pomocy. Na Haiti kataklizm w ciągu jednej chwili
stworzył całe pokolenie osób bez kończyn. Takiego wyzwania nie przeżył żaden ubogi kraj świata. Jesteśmy jedyną organizacją, która do tej pory pomagała niepełnosprawnym, a jeszcze przed
trzęsieniem było ich 800 tysięcy. Ich losem nie interesowały się ani władze haitańskie, ani międzynarodowe organizacje humanitarne.
czytaj dalej
Panują tu fatalne warunki sanitarne, w konsekwencji rodzi się bardzo wiele dzieci z wadami. Mnóstwo jest ofiar wypadków samochodowych. Dochodzi często do zakażeń, nawet na ulicy. Przy braku
podstawowej opieki medycznej nawet niewielkie schorzenia urastają do poważnych chorób.
Bezrobocie jeszcze przed trzęsieniem przekraczało 60 proc. A ludzie bez rąk czy nóg nie mają szans konkurować ze zdrowymi o te nieliczne zajęcia, które są. Państwo szykuje się do
uruchomienia za pieniądze z pomocy międzynarodowej wielkich robót publicznych i odgruzowania Porte-au-Prince. Jednak niepełnosprawni z pewnością nie zostaną przy tym zatrudnieni.
W religii wudu panuje przekonanie, że jeśli ktoś został ranny, ma jakiś wrodzony defekt, to jest pechowcem, został naznaczony przez zło. I należy go unikać. To próba racjonalizacji tego,
że rodziny zwykle pozbywają się kalek. Dla nich taka osoba jest ogromnym ciężarem, którego nie są w stanie udźwignąć. Niektóre media zagraniczne niestety kreślą obraz Haitańczyków jako
rodzaju podludzi. To bardzo niesprawiedliwe. Oni mają tak samo ludzkie uczucia jak pan czy ja.
One są w najgorszej sytuacji, na samym dnie dna. Nie mają tyle siły, ile dorośli, więc łatwo umierają z wycieńczenia. Są zagryzane przez psy, okradane przez dorosłych z resztek tego, co
mają. Nasi wolontariusze znajdują je wszędzie: na śmietnikach, w zgliszczach domów. Te, które mają najwięcej szczęścia, trafią do nielicznych sierocińców.
Wiele rodzin zachodnich rzeczywiście chce adoptować haitańskie sieroty. Wykorzystują to bandyci, porywając opuszczone dzieci na ulicy i sprzedając międzynarodowym gangom. Ale to nie dotyczy
tych bez rąk czy nóg. Kto zdecyduje się na adopcję takiego dziecka? Dla nich nadziei raczej nie ma.
Amerykańskie organizacje charytatywne starają się uruchomić fundusz, który udzielałby mikropożyczki osobom po amputacji dla uruchomienia małego biznesu. Amerykańskie stowarzyszenie
Rehabilitation International rozwija w szkołach także program integracji dzieci po amputacjach. Na razie ci ludzie próbują czymś handlować, ale teraz w Porte-au-Prince nie ma prawie nikogo z
pieniędzmi. Inni chcą z rodzinami wyjechać na wieś. Próbują gdzieś spać przy domach bliskich, czasem dostaną od nich coś do zjedzenia. Ale prawda jest brutalna: wielu z nich w ciągu
najbliższych miesięcy po prostu umrze. Z wycieńczenia, chorób, niedożywienia. Będziemy mieli na Haiti kolejną falę masowych zgonów. Tylko tej już nie zobaczymy w telewizorach, bo do tego
czasu dziennikarzy na Haiti już nie będzie.
, prezes Healing Hands for Haiti, organizacji humanitarnej, która od 10 lat niesie pomoc osobom upośledzonym i niepełnosprawnym na Haiti