Gdy oczy całego świata są skierowane na Pekin, Chińczycy dalej rozprawiają się z krnąbrnym górskim rejonem. Wstrząsającą opowieść Dalajlamy z brutalnego rozpędzenia manifestacji we wschodnim Tybecie drukuje francuski "Le Monde". Według duchowego przywódcy Tybetańczyków, w miniony poniedziałek chińskie siły specjalne otworzyły ogień do tłumu. Zginąć miało 140 osób.
Dalajlama zastrzegł w wywiadzie, że liczba zabitych nie jest potwierdzona. Ale powołując się na wiarygodnych świadków, twierdzi, że od marca, kiedy to Chiny stłumiły protesty w Tybecie, w samym rejonie stolicy - Lhasy - zginęło już 400 osób.
"Zabiły ich kule, choć protestujący byli bezbronni. Ich ciał nigdy nie oddano rodzinom" - mówi dziennikowi Dalajlama, który na 12 dni przyjechał do Francji.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane