Na Bliskim Wschodzie nie ma szans na pokój. Ledwie skończyła się wojna w Libanie, to w Palestynie rozpoczyna się wojna domowa. Oliwy do ognia dolewa prezydent Syrii. Grozi wojną, a nad granicę z Libanem wysyła swe najlepsze pancerne jednostki. Assad oczywiście udaje niewinnego. Najpierw twierdzi, że chce rozmawiać z Palestyną, tymczasem jego oficerowie wywiadu dostarczają informacji terrorystom z Hezbollahu. A skąd niby terroryści dostają broń? Oczywiście od dobrego wujka z Damaszku.
Teraz szaleniec chce rozpętać prawdziwą wojnę. Spodziewa się, że w razie ataku na Izrael będzie mógł liczyć na Iran i na terrorystów. Tylko że armia syryjska, mimo tego, że ma więcej czołgów niż Izrael, raczej nie sprosta żydowskiemu wojsku. Bo Assad zapomina, że nie liczy się ilość, a jakość. Bo stare, radzieckie czołgi nie będą żadnym przeciwnikiem dla izraelskich Merkav czy Abramsów wspomaganych przez nowoczesne samoloty bojowe.
Assad nie zdaje sobie sprawy jeszcze z jednego - jego atak na Izrael może skończyć się wojną atomową.