Zimny potwór w mundurze mandatem za złe parkowanie ukarał mężczyznę, który przyjechał do londyńskiego szpitala z umierającą żoną. Brytyjczyk ma zapłacić 50 funtów, bo podjechał zbyt blisko wejścia. Strażnik wlepił mu mandat, choć lekarze krzyczeli, że tu chodziło o życie człowieka.
Starsza pani jechała z mężem na umówioną wizytę u lekarza, gdy dostała ataku serca. Zrozpaczony mąż nie zważał na zakaz wjazdu. Zaparkował na podjeździe do
szpitala Stj John's Wood Medical Practice i z żoną na rękach wbiegł do środka. Liczyło się życie jego ukochanej. A ta, niestety, zmarła. Lekarze wyprowadzili go po kilkunastu minutach przed
budynek, by mógł odprowadzić samochód na parking i wrócić do ciała żony.
Dokładnie w tej samej chwili strażnik miejki wypisał mu mandat. Choć nawet przechodnie, protestowali, strażnik zrobił swoje. "To nie moja sprawa, mam pracę do zrobienia i tyle" - powiedział. Oby jemu na drodze do szpitala nie stanął nigdy wredny urzędnik...
Dokładnie w tej samej chwili strażnik miejki wypisał mu mandat. Choć nawet przechodnie, protestowali, strażnik zrobił swoje. "To nie moja sprawa, mam pracę do zrobienia i tyle" - powiedział. Oby jemu na drodze do szpitala nie stanął nigdy wredny urzędnik...
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl