Sytuacja jest krytyczna. Tysiące zwolenników Obradora koczuje w Mexico City. A wiadomo, że prawdziwy Meksykanin nigdy się nie rozstaje z maczetą czy rewolwerem. Tłum jest otaczany przez uzbrojonych po zęby policjantów i żołnierzy, bo w każdej chwili może dojść do rozlewu krwi.
Wszystko przez wybory. Bo Obrador przegrał małą liczbą głosów. Od razu oskarżył przeciwnika o oszustwo. Tylko, że żaden z sądów, do których się zwrócił, nie znalazł na to dowodów. Dlatego, to czego nie zdobył przy urnach, chce zdobyć siłą. I co trochę urządzał blokady i demonstracje. A dziś jest jego ostatnia szansa na przejęcie władzy i zamach stanu.
Jest tylko jeden problem, wojsko i policja popierają legalnego prezydenta, Calderona, i zamach Obradora nie ma szans na sukces. Dlatego, miejmy nadzieję, skończy się tylko na skandowaniu obraźliwych haseł, a potem manifestanci grzecznie wrócą do domów.