"Będę głosować na Szkocką Partię Narodową (SNP), bo rząd Blaira wpędził kraj w nielegalną wojnę w Iraku" - wyjaśnia mi Iain McGregor, student uniwersytetu w Edynburgu. SNP wbrew nazwie jest partią centrolewicową i sprzeciwia się nie tylko interwencji w Iraku, ale też amerykańskim bazom wojskowym, zbrojeniom i członkostwu niepodległej Szkocji w NATO. Jednak najgłośniejszym postulatem ugrupowania jest zapowiedź referendum w sprawie niepodległości kraju.
Oznaki szkockiego przywiązania do narodowej tradycji widać tu na każdym kroku. Krzyż św. Andrzeja – flagę Szkocji – można spotkać na budynkach publicznych, na masztach ustawionych wzdłuż The Royal Mile (edynburska starówka) i w dziesiątkach sklepików z pamiątkami. Niepodległościowe nastawienie wyborców potwierdzają sondaże – coraz mniej mieszkańców Szkocji określa się mianem Brytyjczyków, a coraz więcej czuje się Szkotami. A to osłabia główny argument przeciwników niepodległości, że będzie ona kosztowna. "Niepodległa Szkocja jest ważniejsza niż pieniądze, poza tym dzięki zatrzymaniu dochodów z ropy nawet zyskamy na zerwaniu z Londynem" - mówi DZIENNIKOWI Duncan Munro, urzędnik z Edynburga.
Wczoraj do rodzinnej Szkocji, po raz kolejny w czasie tej kampanii, przyjechał premier Tony Blair, by podjąć ostatnią, desperacką próbę odwrócenia wyniku wyborów. Bo to jego Partia Pracy może okazać się największym przegranym czwartkowego głosowania. Porażka będzie tym dotkliwsza, że laburzyści po raz ostatni przegrali jakielowiek wybory w Szkocji w 1979 r.
Co więcej, decentralizacja Wielkiej Brytanii i powstanie odrębnych parlamentów w Szkocji i Walii miały być sztandarowym dziedzictwem epoki Blaira, a Partia Pracy argumentowała wówczas, że
w ten sposób uda się skanalizować niepodległościowe ambicje. Tymczasem szkoccy separatyści urośli w siłę, a spadkiem po Blairze może okazać się rozpad Wielkiej Brytanii - pisze
DZIENNIK.