Nowoczesne centrum Bejrutu otaczają wąskie uliczki ciągnących się po horyzont starych osiedli i blokowisk, do których policja nie zagląda. Są idealnym schronieniem dla radykalnych islamistów. Pojawili się w Bejrucie rok temu, podczas konfliktu libańsko-izraelskiego. Najsilniejszą grupą w regionie jest Fatah al-Islam. W czasie wojny była ich prawie pełna brygada. To zbieranina z całego świata: trochę Saudyjczyków, trochę Persów, trochę Pakistańczyków.

Dziś, rok po wojnie, mogą nie niepokojeni planować zamachy i krok po kroku przejmować kontrolę nad stolicą Libanu. Gdy bojownicy OWP, dumni Palestyńczycy, zmusili ich do opuszczenia jednej dzielnicy, ci z al-Islam przenieśli się do następnej.

Jednak Palestyńczycy, w przeciwieństwie do armii Libanu, wolą negocjować i pozbyć się radykalnych islamistów wolniej, ale w bardziej dyplomatyczny sposób. Nie zależy im na otwartej walce. W końcu wszyscy wierzą w jednego Boga, a do tego wojna niepotrzebnie osłabiłaby OWP.