Z kolei w oczach chińskich decydentów obaj kandydaci mają słabe strony. Pekin przychylniej patrzyłby wprawdzie na wygraną reprezentanta Partii Demokratycznej - mniej stanowczej w kwestii obronności i darzącej komunizm większą od Republikanów sympatią, jednak jego obawy budzi protekcjonizm, którego rzecznikiem jest Barack Obama. Z jednej strony więc wizja gospodarczej potęgi Chin i zwiększenia ich militarnego znaczenia przemawia za senatorem z Illinois postrzeganym jako polityk bardziej tolerancyjny, otwarty na dyskusję i zorientowany na funkcjonowanie w świecie, w którym Ameryka będzie tylko jednym - a nie jedynym - ośrodkiem władzy.
Z drugiej zaś z powodu kryzysu w Ameryce sprawiającego, że konsumpcja dóbr produkowanych w Chinach spada, lęk, że protekcjonistyczny dyskurs Obamy może przełożyć się na decyzje polityczne, kiedy obejmie on urząd prezydenta, jest bardzo silny. Jednak interesy ekonomiczne wiążą Chiny z USA zbyt mocno, by nie zależało im na jak najszybszej odbudowie amerykańskiej gospodarki. Trzeba bowiem pamiętać, że spadek amerykańskich wskaźników o jeden punkt oznacza ich dwupunktowy spadek w Chinach. A na to Pekin nie może sobie pozwolić.
Gospodarka jest zresztą nie tylko bolączką Chin - również Korea Południowa obawia się, że prezydentura Baracka Obamy - przeciwnika podpisania porozumienia o wolnym handlu z Seulem - może oznaczać kłopoty dla jej gospodarki. Natomiast Indie, największy dziś sojusznik Stanów Zjednoczonych na świecie, bez lęku patrzą na dobre wyniki senatora z Illinois w przedwyborczych sondażach. Choć to za czasów administracji republikańskiej udało im się podpisać strategiczne porozumienie z USA, które niejako oficjalnie potwierdziło rolę Indii jako mocarstwa atomowego, wciąż pamiętają o tym, że negocjacje w tej sprawie trwały już za czasów administracji Clintona.
Republikanin więc czy Demokrata - to właściwie nie stanowi różnicy, bo kandydaci z obu obozów będą utrzymywali bliski sojusz z Indiami. Poza tym Stany Zjednoczone - zarówno pod rządami Demokraty, jak i Republikanina - pozostaną państwem demokratycznym i popierającym demokrację, a także zorientowanym na gospodarkę wolnorynkową. Indiom zaś szczególnie zależy na Ameryce silnej - taka jest najlepszym gwarantem interesów New Delhi i sprzymierzeńcem w walce z Chinami o dominację w regionie.
Oczywiście, chociaż kryzys każe nam myśleć przede wszystkim o zależnościach gospodarczych, wielka polityka oznacza też militarne konflikty i sojusze. Dużym błędem jest postrzeganie Baracka Obamy jako pacyfisty i przeciwstawianie go "bogowi wojny" Johnowi McCainowi. To przecież senator z Illinois jest zwolennikiem większego zaangażowania wojsk amerykańskich w Afganistanie, a gdy obejmie najwyższy urząd w USA, będzie skory do udowodnienia, że jest o wiele twardszym zawodnikiem, niż sądzono. Pod wieloma względami przypomina zresztą Billa Clintona - ma otwarty umysł i jest w stanie prowadzić negocjacje z każdym. Dlatego łatwiej jest przewidzieć scenariusz działania administracji kandydata republikańskiego niż demokratycznego. Tak jak w wypadku Billa Clintona czy Johna F. Kennedy’ego - jego kadencję ukształtują reakcje na konkretne wydarzenia na arenie międzynarodowej. Nie spodziewajmy się, że rządy w Ameryce obejmie zdeklarowany przeciwnik wojny - Barack Obama będzie tak zdecydowany, jak tylko okaże się to konieczne. To polityk, który będzie reagował w zależności od sytuacji, a nie realizował określoną linię niezależnie od sytuacji.
Dlatego Korea Południowa obawia się, że Jeśli to Barack Obama wprowadzi się do Białego Domu, stanowisko Ameryki wobec ich północnego sąsiada się zmieni. Z kolei Tajwan - że pod rządami Demokraty zabraknie parasola chroniącego jego suwerenność, który rozpościerali dotąd Republikanie. Iran, Korea Północna i Chiny zaś będą starały się sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć bez narażania się na reakcję Ameryki rządzonej przez Obamę. Demokatyczny kandydat na wiceprezydenta Joe Biden przewiduje, że jeśli senator z Illinois odniesie zwycięstwo w wyborach, będzie musiał stawić czoła takim właśnie wyzwaniom. Do zasadniczej przebudowy sceny azjatyckiej jednak nie dojdzie, a wszelkie zmiany będą tam zachodziły bardzo powoli.
Barack Obama potwierdzi sojusz z Indiami - to na pewno się nie zmieni, bo co do strategicznego porozumienia z New Delhi panuje zgodność między obiema partiami. Zwycięstwo senatora z Illinois może natomiast sprawić, że wzrośnie w siłę - już dziś zauważalny w Partii Demokratycznej - ruch obrońców praw człowieka, który sprzeciwia się praktykom chińskiego rządu. Nie zapominajmy, że na przykład Nancy Pelosi domagała się bojkotu igrzysk olimpijskich w Pekinie - być może po objęciu urzędu przez Obamę kwestia łamania praw człowieka stanie się istotniejszym niż dotąd zadaniem amerykańskiej dyplomacji.
Ale czy rzeczywistość geopolityczna będzie wyglądała zupełnie inaczej, jeśli najbliższą elekcję wygra John McCain? To nie są historyczne wybory, w których Amerykanie zostają postawieni wobec dwóch zupełnie odmiennych wizji roli Stanów Zjednoczonych w świecie. Nie łudźmy się, nie czeka nas żaden gwałtowny przełom w amerykańskiej polityce zagranicznej. Tak naprawdę zarówno w podejściu do problemów ekonomicznych, jak i spraw bezpieczeństwa różnice między Republikaninem a Demokratą są przejaskrawione wyłącznie na potrzeby toczącej się kampanii. Administracja George’a Busha - poza wojną w Iraku - spowodowała jedną znaczącą zmianę w globalnym układzie sił: podpisanie porozumienia z Indiami, które na trwałe zmieniło relacje z krajem będącym w regionie przeciwwagą dla Afganistanu i Pakistanu.
Rola tego sojuszu będzie w przyszłości jeszcze większa, domyślam się więc, że prezydent USA - czy zostanie nim Barack Obama czy John McCain - zadba o jak najlepsze relacje z Indiami. Z kolei dla utrzymania równowagi na wschodzie kontynentu Waszyngton może być z czasem coraz bardziej zainteresowany bliższymi relacjami z Japonią i Koreą Południową, by w ten sposób osłabić rosnące w siłę Chiny. Powoli klaruje się więc rozkład sił w regionie - przez sojusze z Indiami, Tajwanem, Japonią i Koreą Południową Stany Zjednoczone chcą ostudzić mocarstwowe zapędy Państwa Środka.
Poza główną areną zmagań o pozycję wśród krajów azjatyckich pozostaje Indonezja, która może liczyć na większe zainteresowanie amerykańskiego prezydenta, jeśli zostanie nim Barack Obama. Lecz mimo że kandydat Demokratów często wspomina kraj, w którym spędził kilka lat dzieciństwa, nie wydaje się - podobnie zresztą jak w wypadku kibicującej Obamie Kenii - by te sentymenty odegrały jakąś istotną rolę w działaniach głowy państwa. Indonezja - państwo bardzo niestabilne i nieprzewidywalne - zaprzepaściła szansę na zapewnienie sobie kluczowej pozycji w regionie. I prezydentura senatora z Illinois tego nie zmieni.
*Guy Sorman, ur. 1944, pisarz, publicysta związany z "Le Figaro Magazine". Jeden z nielicznych wśród francuskiej inteligencji zwolenników wolnorynkowego liberalizmu. Wydał m.in.: "Amerykańską rewolucję konserwatywną" (wyd. pol. 1983), "Rozwiązanie liberalne" (wyd. pol. 1985), "Rok Koguta" (wyd. pol. 2006), "Dzieci Rifa’y" (wyd. pol. 2007) oraz "L’économie ne ment pas" (2008).