Reklama

Prezydent Rosji Władimir Putin ogłosił w środę częściową mobilizację, która ma rozpocząć się jeszcze tego dnia i objąć rezerwistów, czyli osoby, które już odbyły służbę wojskową, ale przed wysłaniem na front mają przejść dodatkowe szkolenie. Według ministra obrony Rosji Siergieja Szojgu mobilizacja obejmie ok. 300 tys. osób.

Eskalacja także werbalna

To świadczy o jakiejś porażce Putina, ale mamy do czynienia niewątpliwie z eskalacją - ocenił te decyzje Putina szef BBN w rozmowie w Polsat News. Według niego mamy teraz do czynienia z eskalacją "werbalną" w tym zwłaszcza dotycząca "bardzo nieokreślonego grożenia użyciem broni nuklearnej". Zdaniem Solocha "należy jednak traktować te groźby, jako bardzo mało prawdopodobne".

Reklama

Szef BBN wskazał też na koincydencję mobilizacji rezerwistów z referendami, które Rosjanie planują na na okupowanych terytoriach. Soloch zaznaczył, że takie działania mają "potwierdzić co najmniej stan posiadania Rosji na terenach okupowanych".

"Rosyjski bardak" i panika

Decyzja o mobilizacji jest politycznie dla Putina w pewnym sensie krokiem ryzykownym, ponieważ nikt nie wie, jak ten system mobilizacyjny jest sprawny - powiedział. W dalszej części rozmowy Soloch ocenił, że obecnie w Rosji panuje "rosyjski bardak (bałagan)" oraz zamieszanie; pojawiają się też przejawy paniki w społeczeństwie rosyjskim, widocznej m.in. w mediach społecznościowych.

Pytany, czy mobilizacja może przyczynić się do jakiejś zmiany sytuacji na froncie na korzyść Rosji, ocenił, że "nie natychmiast". To jest jednak proces, uzupełnianie jednostek, organizowanie tych zmobilizowanych, przydział sprzętu, który będą wyciągali z magazynu - powiedział.

Reklama

Dlatego, jak dodał, sytuacja na froncie nie zmieni się w "najbliższych tygodniach", natomiast w dłuższej perspektywie czasowej, jest to sprawa "do dyskusji, na ile ta mobilizacja w sensie wojskowym okaże się skuteczna". Natomiast politycznie, również w sensie sygnałów wysyłanych na zewnątrz, jest to niewątpliwie eskalacja, to jest też sygnał, że ta wojna jeszcze potrwa, że państwo rosyjskie przestawia się już de facto i de iure na tory wojenne - podkreślił.

Sygnał dla Zachodu i Polski

Szef BBN podkreślił, że decyzje Putina są także sygnałem dla Zachodu i dla Polski. W związku z tą mobilizacją musimy naciskać na zwiększoną obecność sojuszniczą na flance wschodniej. To jest dodatkowy argument, żeby NATO było więcej na wschodzie, niż do tej pory - zaznaczył.

Pytany, czy prezydent Andrzej Duda i jego kancelaria będą się starać się o decyzje w tej sprawie "w trybie ekstraordynaryjnym", Soloch poinformował, że należałoby poczekać na powrót prezydenta z Nowego Jorku. To jest jednak nowa informacja, a jesteśmy na różnych poziomach, konsultujemy to, co się wydarzyło z sojusznikami. Ja wczoraj miałem możliwość rozmawiania np. z Finami. Więc na pewno będzie to priorytetowo omawiane i będą z tego wyciągnie jakieś wnioski, również ogólno-sojusznicze - zapewniał.

Szef BBN był też pytany, czy jego zdaniem mobilizacja w Rosji może oznaczać wzrost zagrożenia dla Polski, zaprzeczył. Nie. Na chwilę obecną skutki tej mobilizacji sami Ukraińcy być może odczują za parę tygodni, ale na pewno przez najbliższe dni nic się nie zmieni - przekonywał.

"Branka" w obwodzie królewieckim

Pytany o ewentualne zmiany przepisów przez polskie władze, choćby w związku z sąsiedztwem obwodu królewieckiego, gdzie także będzie prowadzona "branka", zwrócił uwagę, że kraje bałtyckie nie będą przyjmowały żadnych Rosjan, m.in. ze względu na groźbę działań hybrydowych czy "prowokacji, gdy pod płaszczykiem dezercji (Rosjanie) dywersanci mogą przenikać do tych krajów". Gdyby te próby dezercji były liczone w tysiącach (osób), to powinniśmy koordynować działania z państwami regionu, przede wszystkim w pierwszym rzędzie z Bałtami, ale tez z aspirującą do NATO Finlandią - czyli z państwami "frontowymi" - powiedział.

Dopytywany, czy to może oznaczać, że Polska teraz "nie wyjdzie przed szereg" i nie zmieni przepisów (np. w zakresie dodatkowej ochrony granic - PAP), Soloch odparł, że na tę chwilę tak to wygląda. Ale - jak przyznał - "sytuacja jest bardzo dynamiczna". Za kilkanaście godzin możemy być w zupełnie w innym punkcie - powiedział.