Oficjalne pismo z prokuratury dotarło do stołecznej policji w zeszłym tygodniu i bardzo zaskoczyło policjantów. "Prokurator dopiero teraz przypomniał sobie, że nie dość, że nie odebrał posłowi samochodu, to nawet prawa jazdy mu nie zarekwirował. Gdyby to był zwykły Kowalski, to dawno nie miałby ani jednego, ani drugiego" - mówi DZIENNIKOWI oficer stołecznej policji.
"Będzie z tym kłopot" - ocenia szef drogówki warszawskiej młodszy inspektor Jacek Zalewski. Bo policjanci mogą jedynie poprosić posła o oddanie dokumentu. "Jeśli nie będzie chciał, nie odda, zasłaniając się immunitetem". Zwykle po odmowie policjanci przeszukują kierowcę. W tym przypadku musi się obejść bez żadnych środków przymusu.
Wójcik może powtórzyć manewr ze stycznia, kiedy pijany pędził mercedesem po torach tramwajowych i ścigał go patrol straży miejskiej. Wtedy po prostu powiedział, ze
prawa jazdy przy sobie nie ma.
Skąd ten niespodziewany zwrot w sprawie posła Wójcika po kilku tygodniach? Sprawa nabrała rozpędu dzień po głośnym wyrzuceniu przez ministra sprawiedliwości trzech
prokuratorów, którzy byli zbyt łaskawi dla pijanych kierowców. "Cała ta szopka poprawi jedynie humor prokuratorowi, który będzie
mógł powiedzieć, że zrobił wszystko" - mówi jeden z policjantów.