Była położna od kilku lat nie pracuje już w służbie zdrowia. Zgodziła się na spotkanie, by opowiedzieć "Faktowi", jak w warszawskim szpitalu przy ul. Czerniakowskiej umierały wcześniaki. Wcześniej lekarze stwierdzali wady u tych dzieci i sztucznie wywoływali poród. Śledztwo w tej sprawie prowadzi prokuratura, a Nikoleta B. jest jednym ze świadków.
"Miałam praktyki jako studentka szkoły położnych na oddziale patologii ciąży. Brałyśmy udział w usuwaniu martwego jaja płodowego czy przygotowaniu pacjentki do cięcia cesarskiego" - mówi Nikoleta. "Pracowałyśmy w sali dla pacjentek do porodów ciąż obumarłych. Tu były parokrotnie takie przypadki, gdzie dziecko się urodziło żywe..."
Nikoleta milknie. Po chwili dodaje, że kobiety czekały na taki poród same, z podłączoną kroplówką - środkiem wywołującym poród. "Czasem wchodził lekarz, czasem tylko położna. Kiedy takie dziecko się rodziło, to lekarz natychmiast przyjmował poród, wystawiając miskę" - szepcze położna. "To się tak nazywało: <na miskę>. Gdy rodziły się żywe dzieci, matkom tego nigdy nie mówiono. Że jeszcze maluszki żyły..." - słowa grzęzną w gardle byłej położnej.