Dziennik Gazeta Prawana logo

Rywin rano w więzieniu, wieczorem w domu

12 października 2007, 14:17
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Z więzienia wyszedł z lekkim uśmieszkiem. W błysku reporterskich fleszy wsiadł do luksusowej limuzyny i odjechał. Lwa Rywina - człowieka, którego nazwisko kojarzy się z jedną z największych afer III RP - sąd wypuścił we wtorek zza krat.

"Czuję się jak każdy więzień polityczny - trochę śmiesznie, trochę histerycznie, aczkolwiek bardzo obrzydliwie" - powiedział Rywin czekającym na niego dziennikarzom.

Gdy wyszedł za bramę więzienia, oślepiły go flesze aparatów fotograficznych. Na Rywina czekał tłum dziennikarzy, reporterów i kamerzystów. Aferzysta tylko chwilę rozmawiał z mediami. Wyglądał na zmęczonego. "Teraz się umyję i nie będę odpowiadał na żadne pytania, dopóki ten cyrk w tym kraju się nie skończy" - wycedził, po czym wsiadł do czekającego na niego samochodu i odjechał.

Rywin od miesiąca żył w niepewności. 20 października sąd penitencjarny zgodził się warunkowo zwolnić go z więzienia. Ale sześć dni później prokuratura powiedziała "nie". Dlaczego? Bo stwierdziła, że Rywin jeszcze się nie zresocjalizował i być może wróci na drogę przestępstwa. We wtorek sąd apelacyjny nie przyznał jej racji. Rywin ok. godz. 16.30 wyszedł na wolność.

Przedterminowe wyjście na wolność przysługiwało mu, bo odsiedział już połowę kary. Dokładnie 21 września tego roku stuknęło mu 12 miesięcy za kratkami. Dodatkowo więzienni wychowawcy wystawili mu prawdziwą laurkę. Stwierdzili, że odbywając karę, otrzymał kilkanaście nagród i wyróżnień. Jednak komisja penitencjarna przy zakładzie karnym na warszawskiej Białołęce wystawiła opinię negatywną.

Rywin trafił za kraty po tym, jak 27 grudnia 2002 r. "Gazeta Wyborcza" napisała, że kilka miesięcy wcześniej złożył wizytę szefostwu Agory, w tym redaktorowi naczelnemu "Gazety" - Adamowi Michnikowi. W rozmowach z nimi miał oferować, że załatwi spółce korzystne dla niej zmiany w ustawie o radiofonii i telewizji. Miał w tym pomóc mu sam ówczesny premier Leszek Miller. Rywin miał zażądać od Michnika 17,5 miliona dolarów i dyrektorskiego stanowiska w telewizji Polsat.

Jednak się przeliczył. Bo Michnik nagrał wszystkie rozmowy, a później jego gazeta o wszystkim napisała. I wtedy zawrzało. Tuż po publikacji prokuratura wszczęła śledztwo, a potem oskarżyła Rywina o płatną protekcję. Wreszcie w 2004 roku sąd skazał Rywina na dwa lata więzienia.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj