Niektórzy Polacy, gdy usłyszeli zapewnienia Światowej Organizacji Zdrowia, że Tamiflu zwalczy ptasią grypę, kupowali preparat w aptekach. Inni próbowali go - nielegalnie - zdobyć na aukcjach internetowych lub na Zachodzie. Nasz rząd dostał od WHO kilka tysięcy opakowań. Miał podać Tamiflu strażakom, lekarzom i policjantom, gdyby ci, jako pierwsi, zetknęli się z epidemią grypy.
A teraz te zmagazynowane opakowania mogą okazać się niebezpieczne dla życia. Ile pudełeczek Tamiflu trafiło do obiegu? Tego nie wie nikt. Bo hurtownie farmaceutyczne zasłaniają się tajemnicą handlową. Taką samą taktykę stosuje Urząd Rejestracji Leków. Odmawia jakichkolwiek informacji o tym, czy w Polsce wykryto podobne przypadki, jak w Stanach czy Japonii. Tam kilkaset osb, w większości dzieci, trafiło do szpitali i omal nie umarło po podaniu Tamiflu. Amerykanie dodatkowo badają 12 przypadków śmierci dzieci, którym prawdopodobnie podano preparat.
Co o aferze mówią specjaliści? Dla profesor Lidii Brydak, zajmującej się problemami grypy, nie ma żadnego problemu. Jak mówi, nigdy nie słyszała o powikłaniach po Tamiflu. A winą za wszystko obarcza Japończyków, bo - jak tłumaczy - ich strach przed grypą i masowe szczepienia zmutowały wirusa.