"Ćśśś, tata wróci, wróci..." – szepcze pani Monika, powtarzając w myślach jak modlitwę: "Wróć do nas, wróć, Irku. Czekamy wszyscy na ciebie...".
Wiadomości z radia i telewizora przerywane łzami – tak wygląda dzień w mieszkaniu państwa Brabańskich w dwupiętrowej kamienicy przy ul. Gierałtowskiego w Rudzie Śląskiej. Fotel, w którym zawsze siada pan Ireneusz, stoi pusty. Obok siedzi pani Monika. W pokoju obok bawią się dwie starsze córki – 6-letnia Weronika i 8-letnia Kamila. Po każdych wiadomościach zadają pytanie: "mamo, czy tata wróci?".
"Co mam im odpowiadać?" – pyta pani Monika. "Nie mam żadnych wieści. Nic nie wiem, mam tylko straszne myśli, ale je w sobie tłumię. Nie mogę dopuścić do siebie tej najgorszej... Że Irek nie wróci..." – zaczyna płakać. Ich najmłodsza córeczka – Zosia – wyczuwa nerwową atmosferę. Rozgląda się po pokoju, wzrokiem szukając taty.
Zawsze przed wyjściem do pracy Ireneusz Brabański bawił się z Zosią. Podrzucał ją wysoko, łapiąc w mocne dłonie. A potem łaskotał pod bródką, aż chichotała, szczebiocąc jak ptaszek.
Gdy we wtorek po południu usłyszała o wybuchu, pani Monika wiedziała. Zaczęła się modlić do św. Barbary. "Wróć do nas" – wzdycha kobieta. "Niech św. Barbara wróci mojego Irka, niech stanie się cud...".