Z okien bloku, w którym pani Elżbieta mieszka widać kopalnię "Halemba". "Przez 25 lat Andrzej pracował w KWK Polska-Wirek. Ona nie była aż tak niebezpieczna jak <Halemba>" – opowiada pani Elżbieta, przeklinając dzień, w którym zgodziła się, by wrócił do pracy. Przecież nie musiał, był już na emeryturze, ale chciał dorobić. Czuł się silny i zdrowy.
"W lipcu zatrudnił się w firmie MARD, która świadczy usługi na kopalniach. Jest górnikiem strzałowym i kombajnistą. I dlatego pracował w najgorszych miejscach, gdzie jest największe zagrożenie" – mówi żona Andrzeja Giemzy. "Na tej strasznej ścianie w <Halembie> pracował od 1,5 miesiąca... Boże, gdyby można było cofnąć czas, nie puściłabym go na dół. Niech się stanie cud, bo nie wiem, jak my to przeżyjemy. Czekamy na wiadomości, ale nie mam siły stanąć pod kopalnią" – łka zrozpaczona żona zaginionego górnika. Patrzy błagalnie w telewizor i śledzi każdą relację z kopalni. Każda minuta może przynieść tę najważniejszą, upragnioną wiadomość. O innej boi się nawet pomyśleć.
"Błagamy, żeby św. Barbara nas wysłuchała. Co minutę wznoszę do niej modlitwę, żeby się ulitowała. Ona już tylu górnikom pomogła, a ich żonom wróciła nadzieję i szczęście. Mocno wierzę, że pomoże teraz mojemu Andrzejkowi" – mówi z przekonaniem pani Elżbieta znów po chwili spoglądając na ekran telewizora. Telefon ciągle milczy...