Krystian Sitek, który wraz z kolegami zginął w strefie wybuchu, był wysokiej klasy fachowcem. Miał 47 lat i pracował w kopalni niemal ćwierć wieku. Był nadsztygarem wentylacji. Kiedy zjeżdżał na dół, miał zawsze na szyi aparat Dragera. Takie są wymogi bezpieczeństwa.
Ten niepozorny przyrząd z grubsza wygląda jak stare radio tranzystorowe, ale po włączeniu w sposób ciągły rejestruje poziom szkodliwych substancji w atmosferze.
To kolejny element zabezpieczenia poza czujnikami umieszczonymi na ścianie i metanomierzami odcinającymi prąd w wypadku przekroczenia dopuszczalnego stężenia grożącego wybuchem.
Aparat Dragera, choć niepozorny, jest niezwykle kosztowny. W wyposażeniu kopalni jest ich zaledwie kilka. Są ściśle ponumerowane. "Najważniejsze jest to, że wewnątrz urządzenia jest twardy dysk, który minuta po minucie zapisuje dane. Obudowa jest niemal niezniszczalna. To jak czarna skrzynka w samolocie. Ani wysoka temperatura, ani wstrząs nie są w stanie jej zniszczyć" - wyjaśnia Piotr Luberta, wieloletni ratownik górniczy. Wie, co mówi, bo takie urządzenia znajdują się również w wyposażeniu każdej ekipy ratunkowej zjeżdżającej na dół.
"Byłem świadkiem, jak jedną z ofiar już mieliśmy wywozić na powierzchnię i wówczas to urządzenie zostało przejęte przez służby kopalni. Nie wiem konkretnie przez kogo" - mówi DZIENNIKOWI jeden z ratowników. Informację potwierdza Zbigniew Domagała ze związku zawodowego Sierpień '80.
Ale prokurator Michał Szułczyński z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach wczoraj po południu był zaskoczony. Długo milczał słuchając, do czego służy urządzenie. Najwyraźniej prokuratura nie została poinformowana przez kopalnię o jego istnieniu.