Nikt by o niej nie usłyszał, gdyby nie głośna sprawa zabójstwa byłego ministra sportu Jacka Dębskiego w kwietniu 2001 r. To Halina G.-B., zwana od zdrobnienia swego imienia Inką, wywabiła
go z knajpy Cosa Nostra w Warszawie, w której szampańsko się tego wieczoru bawiła.
To ona poszła z Dębskim na spacer. Kiedy rozległy się strzały, a minister martwy padł na ziemię, uciekła. Następnego dnia sama zgłosiła się do prokuratury. Wolała iść za kraty, niż
dać się odstrzelić swym kumplom z półświatka, bo była jedynym świadkiem zbrodni. Wskazała zabójcę. Ten - w dziwnych okolicznościach - powiesił się w celi.
Zleceniodawcą morderstwa miał być Jeremiasz Barański, pseudonim Baranina, uznawany za rezydenta pruszkowskiej mafii w Austrii.
Godziła się na zbrodnię
Sąd skazał ją na 8 lat więzienia, ale adwokaci wnieśli apelację. Nic nie dała. Sąd apelacyjny utrzymał dziś wyrok w mocy, co oznacza, że posiedzi jeszcze dwa lata, bo sześć spędziła
już w areszcie. Sędzia, uzasadniając prawomocny już wyrok, podkreśliła, że "Inka" choć ujawniła sprawców zbrodni, umniejszała swoją rolę i winę.
Dlatego sędzina nie zastosowała nadzwyczajnego złagodzenia kary, czego domagała się prokuratura, wdzięczna za wskazanie sprawców morderstwa. "Skoro godziła się na pozbawienie życia
Jacka Dębskiego, jest winna pomocnictwa" - argumentował sąd, tłumacząc, że 8 lat to najniższy wyrok przy takich zarzutach.
Obrońcy chcieli całkowitego uniewinnienia, tłumacząc, że "Inka" była zmanipulowana przez cynicznego bandytę. Dlatego już zapowiedzieli wniosek kasacyjny. Mecenas Piotr
Kruszyński, na pytanie jak jego klientka przyjęła wyrok, powiedział: "Na pewno nie jest radosna jak skowronek, ale cieszy się, że sprawa jest już skończona".
Podobała się facetom
"Inka", ładna, zgrabna brunetka o bystrych, niebieskich oczach i pełnych, ponętnych ustach podobała się facetom. Zmieniała ich więc często. Swe miłosne przygody zaczęła
jeszcze w technikum chemicznym, do którego chodziła. W czwartej klasie zakochała się w młodym przestępcy Adamie Sz. Żyjącym z kradzieży aut i wymuszeń haraczy. Imponował jej. Młody,
obrotny, zwykle miał kasę.
Po zdaniu matury Halina G. nieoczekiwanie wyszła za mąż, ale... za innego. By pokazać Adamowi, że jej na nim nie zależy. Zależało. Związek przetrwał niecały miesiąc.
"Inka" wróciła do swego kochasia. Adama Sz. pod koniec 1997 r. ktoś zastrzelił w lesie pod Warszawą. "Inka" pogrążona była w rozpaczy. Nie na
długo...
"Baranina", czyli siódme niebo "Inki"
Kilka miesięcy później poznała Jeremiasz Barańskiego, ówczesnego konsula Liberii w Bratysławie, powiązanego z jednym z największych w Polsce gangów. Starszy od niej prawie dwa razy,
postawny, majętny, a do tego z dyplomatycznym paszportem. "Inka" była w siódmym niebie, kiedy zdała sobie sprawę, że wpadła mu w oko.
Jeremiasz zabierał ją w podróże do ciepłych krajów, luksusowych hoteli, w których chętnie się fotografowała. No i obiecywał wspaniałą posadę - miała pracować w ambasadzie. Zgrabna,
bystra, w dodatku znająca nieźle angielski i rosyjski, a francuskim posługująca się przeciętnie... Nie wyobrażała sobie lepszej przyszłości.
Panienka do towarzystwa
Nie wyszło. Wróciła do Warszawy, gdzie była gosposią siostry Baraniny, Bożeny T. Sprzątała dom, opiekowała się jej dziećmi. Ale to nie pani domu jej płaciła, lecz Jeremiasz - ok. 1,5
tys. zł miesięcznie. Do tego drogie prezenty, ubawy w knajpach... No i te wycieczki do ciepłych krajów, na które regularnie zabierał ją boss. Mówiło się, że "Inka" była
jego panienką do towarzystwa.
Życie w luksusie prysło, kiedy zastrzelono Jacka Dębskiego. Wspaniałą willę "Inka" zamieniła na celę aresztu śledczego. Ale życie tam jej służyło. Bo we wrześniu 2004
r. za kratami wzięła ślub z Francuzem Jeromem B. Młody chłopak tak bardzo zauroczony jest pięknem swej wybranki, że czeka na nią od lat, by wreszcie zabrać do domu i pomóc sławnej żonie
zacząć normalne, lepsze życie. Dziś sąd postanowił, że poczeka jeszcze dwa lata...