Anna i Waldemar Aptacy marzyli o tym dniu od lat. W myślach układali sobie wspaniały scenariusz ślubu i wesela - że najpierw w kościele powiedzą sobie "tak" i włożą na palce złote obrączki. A potem będzie pocałunek i długie, trwające do rana wesele. Wszyscy goście - rodzice, bracia i siostry, kuzyni, ciotki i szwagrowie będą do końca życia pamiętać te radosne chwile - opisuje "Fakt".

I tak rzeczywiście było. Po południu młodzi złożyli sobie przysięgę, a potem razem z gośćmi poszli do karczmy w Radgoszczy, gdzie zaplanowano wesele. "Była taka piękna pogoda. Sielankowa atmosfera mówiła nam: będzie wspaniale, naprawdę wspaniale!" - szepcze pan młody.

Wszyscy doskonale się bawili i cieszyli szczęściem nowożeńców. Były tańce, żarty i wesołe rozmowy. Orkiestra głośno i skocznie grała. Pierwszy toast wzniósł Stanisław Piechowiak, ojciec panny młodej, a potem w jego ślady poszli inni. Pan Stanisław cieszył się szczęściem swojej pasierbicy, dla której od 13. roku życia był ojcem. Kiedy z rozczuleniem patrzył na jej piękną, uśmiechniętą twarz, a ona odwzajemniała to spojrzenie, nie mogli wiedzieć, że to ostatnie takie chwile.

Tuż przed godz. 21 pan Stanisław wstał i obszedł cały stół, by porozmawiać z gośćmi. "Nie było osoby, z którą by nie porozmawiał" - mówi jego córka. Na koniec stanął w drzwiach na taras, popatrzył na wszystkich i zaczął bić brawo. Potem wyszedł na ostatni spacer.

Widziała to jego żona - Halina Pluskota. Pan Stanisław zdążył zrobić tylko jeden krok. Potknął się na nieoświetlonych, uszkodzonych schodach i wpadł w niezabezpieczoną, głęboką prawie na pięć metrów przepaść! Na samo dno dołu, którym płynął strumyk. "Boże, ja to widziałam. To było straszne, on znikł! Zaczęłam krzyczeć <Stasiu wpadł, Stasiu wpadł!>" - pani Halina zakrywa rękoma twarz.

Momentalnie przybiegła cała rodzina. Pan młody, nie bacząc na nic, błyskawicznie skoczył w czarną przepaść, by ratować mężczyznę. Padł tak nieszczęśliwie, że połamał sobie żebra, podrapał ręce i twarz. Ale nie patrzył na rany." Mój mąż był sanitariuszem w wojsku i wie, jak reanimować ludzi" - opowiada "Faktowi" młoda mężatka.

Ale nie mógł już pomóc. Jego teść, wpadając do dziury, skręcił sobie kark. Leżał bezwładnie, z wykręconą głową, patrzył szeroko otwartymi oczyma i oddychał płytko, w agonii. "Jezu, oni nie mogli mu pomóc. Stasiu wydał ostatnie tchnienie i to był jego koniec" - załamuje się pani Halina.

Lekarz stwierdził już tylko zgon. Muzyka ucichła, radość wesela prysła. Od razu zapanowała żałoba. Rodzina winą za tragedię obarcza Lecha S., właściciela lokalu. "Ten dół był niezabezpieczony. Nikt nas nie ostrzegł. A wokół jest więcej takich zdradzieckich dziur" - denerwuje się pani Anna. "Niewinny człowiek zginął przez taką głupotę. Nie mogę się z tym pogodzić" - rozpacza pani Halina, patrząc na grób ukochanego. "A właściciel lokalu nawet nas nie przeprosił, nie zapalił znicza!"

Właściciel restauracji odpiera wszelkie zarzuty. "Nie czuję się winny. To nie ja piłem z tym człowiekiem" - odpowiada Lech S. "Tata nie był pijany" - płacze młoda mężatka. Wie, że o tych strasznych chwilach nigdy nie zapomni, bo każdą rocznicę ślubu będą obchodzić na cmentarzu.