- mówi w rozmowie z Radiem ZET Andrzej Seremet, opisując, jak doszło do spotkania z Tomaszem Wróblewskim dzień przed publikacją przez "Rzeczpospolitą" głośnego tekstu "Trotyl na wraku tupolewa".
Według prokuratora generalnego, naczelny dziennika przyjechał do jego biura około godziny 14. - wspomina Seremet, dodając, że na początku w ogóle nie zrozumiał kontekstu tych słów. Wróblewski mówił, że redakcja dysponuje informacjami z czterech niezależnych źródeł. On sam - jak mówi - przyznał, że może potwierdzić wykrycie przez narzędzia pomiarowe używane przez biegłych do badania wraku tupolewa obecności materiałów wysokoenergetycznych, podobnych do materiałów wybuchowych. Ale zaznaczył, by nie wyciągać z tego pochopnych wniosków.
Seremet przyznaje, że prosił redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej", by redakcja wstrzymała się z publikacją do czasu umożliwienia prokuraturze odniesienia się do tego tekstu w sposób maksymalnie merytoryczny. - mówi Seremet, podkreślając, że był daleki od próby wpływania na działalność redakcji. Tłumaczy jednak, że miał obawę, iż tego rodzaju informacja nieopatrzona fachowym komentarzem prokuratury może spowodować bardzo poważne konsekwencje.
- stwierdza Wedle jego odczucia, redaktorowi chodziło o podzielenie się informacją, którą sam uznał za ważną.
Seremet jeszcze przed północą wiedział, że tekst się ukaże. Miał świadomość, że nie będzie w nim oficjalnego stanowiska prokuratury. - zastrzega. Dodaje, że o konieczności przygotowania takiego komunikatu informował płka Ireneusza Szeląga jeszcze w poniedziałek.
- mówi na koniec Andrzej Seremet.