Historia, którą wczoraj podczas przesłuchania opowiedziała Kamisa D., jest wstrząsająca. By dojść do lepszego życia, musiała ze swoimi dziećmi przejść przez piekło. Wiedziała o tym, a ja jednak podjęła to ryzyko.
"W Austrii mamy rodzinę, chcieliśmy tam dotrzeć. Najpierw jednak udaliśmy się do Moskwy, gdzie mieszkała rodzina mojego męża. Tam mieliśmy skontaktować się z przewodnikiem" - toczyła swą opowieść łamiącym się z emocji głosem Czeczenka. "Przewodnik wziął od nas 2000 dolarów. Najpierw miałam przez granicę przejść ja z dziećmi. Wtedy rozpoczął się ten koszmar".
"Nie wiem, czy to ja pomyliłam kierunki, czy ten człowiek pokazał mi złą drogę. On szedł z nami tylko do granicy ukraińskiej. Dalej mieliśmy iść sami. Poszliśmy... To była droga przez piekło. Zimno, wilgotno, jedzenie mieliśmy coraz mniej. W końcu zabrakło go. Moje dziewczynki zaczęły tracić siły. Bardzo szybko. Elina straciła przytomność. Postanowiłam, że dalej pójdę sama, że znajdę pomoc. Magomet nie był ciężki. Przykryłam dziewczynki liśćmi paproci. Wierzyłam, że idąc, pomogę im. Zgubiłam się..."
Ta opowieść jest przerażająca. Jej dalszy ciąg znamy. Kamisa D. pomoc znalazła zbyt późno, by uratować swe córki. Dziewczynki zmarły z wychłodzenia...
Kobieta od piątku leży w polskim szpitalu - czytamy w "Fakcie". Wczoraj znalazł się jej mąż. Jest w Moskwie. Nie chce przyjeżdżać do Polski. "Chcę zabrać żonę do domu, do Czeczenii. Tam pochowam moje dzieci" - mówi łamiącym się głosem Khanpasha D. Teraz jego jedynym pragnieniem jest, by wszyscy razem wrócili do Czeczenii i pochowali dzieci w obrządku muzułmańskim. W Szali czeka na nich pogrążona w bólu rodzina.
Khanpasha D. dowiedział się o śmierci córek z ukraińskich mediów. Zgłosił się do placówki Straży Granicznej w Czopie na Zakarpaciu, by tam potwierdzić tę tragiczną informację. Potem
wsiadł do pociągu do Lwowa. Wczoraj zgłosił się do polskiego konsulatu we Lwowie i poprosił o pomoc w wyjeździe do Moskwy.
W Szali na Khampasha, Kamisę i Magometa czeka zrozpaczona rodzina. Belant Minzayeva, matka Kamisy ciągle jest w szoku. "Z jakiegoś powodu córka myślała, że poza ojczyzną, tam, daleko
będzie jej lepiej. Próbowaliśmy ją odwieść od tego pomysłu, ale nie byliśmy w stanie jej powstrzymać" - mówi babcia zmarłych w Bieszczadach dziewczynek. Z dziennikarzami
rozmawiała w otoczeniu kilkunastu krewniaczek Kamisy, na podwórku ich niewielkiego domostwa w Szali. Potem już tylko płakała.
Tymczasem w Polsce trwa postępowanie w sprawie śmierci dzieci. Prokuratura przez dwie godziny przesłuchiwała wczoraj wycieńczoną Kamisę D. Kobieta jest w fatalnym stanie psychicznym - dowiadujemy się z "Faktu".
Zeznała, że szła sama z dziećmi przez zieloną granicę, bo chciała się dostać przez Słowację do Austrii. Pomyliła kierunki i trafiła do Polski. Kamisa D. miała przy sobie słowackie korony, wiadomo też, że na Słowacji mieszka ich rodzina.
Wczoraj w Rzeszowie odbyła się też sekcja zwłok dziewczynek. Zmarły z wycieńczenia i wyziębienia organizmu. Polskie władze wydały już zgodę na przewiezienie ciał dzieci do Czeczenii. Ale prokuratura będzie musiała raz jeszcze przesłuchać Kamisę. Ale tylko wtedy, gdy jej stan się polepszy.