Sprawa morderstwa Krzysztofa Olewnika sprawia wrażenie czułego punktu, w którym ogniskują się interesy różnych wpływowych środowisk. Niezależnie, czy przyjmiemy, że w śmierć trzech oprawców Olewnika bezpośrednio zamieszane były inne osoby, czy że były to wymuszone samobójstwa, trzeba założyć, że tylko rozgałęziona nieformalna grupa interesów mogła wywrzeć skuteczną presję na zdeterminowanych kryminalistów. Potrafiła przekonać ich, że ceną za dalsze życie może być np. ogromne cierpienie osób im bliskich albo że "nie będą mieli oni życia" w więzieniu.

Prawdopodobne jest więc w uczestnictwo w sprawie Olewnika nieznanego jeszcze opinii publicznej środowiska, mającego przełożenie na świat przestępczy - przełożenie tak przemożne, że Robert Pazik mógł zakładać, że bezpieczeństwa nie zapewnią mu nawet przenosiny do innego zakładu karnego. Taką siłę rażenia ma przestępczość zorganizowana lub instytucja publiczna "przechwycona" przez nieformalną grupę interesów. W takim "starciu” Pazik mógł racjonalnie oceniać, że nie ma innego wyjścia niż odebranie sobie życia.

To wersja wysoce prawdopodobna i wymagająca sprawdzenia. Przewiduję jednak, że postępowanie wyjaśniające nie doprowadzi do jasnych konkluzji co do odpowiedzialności za tę śmiertelną serię. Dość typową, ale niestety racjonalną, postawą polskiego policjanta, prokuratora lub sędziego jest bowiem mała dociekliwość. Policjant prowadzący sprawy upadłości firm powiedział mi, że kiedy materiał daje "wyjście” na sędziów, jego przełożeni nagle tracą zapał do rozwikłania sprawy. Unikają kłopotów. Podobnie nasz wymiar sprawiedliwości i wiele innych instytucji publicznych. Dlatego nie spodziewam się, byśmy o nawarstwiających się wokół śmierci Olewnika tragediach poznali pełną prawdę.

Warto jednak wyciągać wnioski ogólniejsze. Tam gdzie praca funkcjonariuszy tajnych służb, policjantów, prokuratorów i - także niestety - sędziów dotyka spraw drażliwych występuje typowe chowanie głowy w piasek. Jedną z przyczyn podtrzymujących takie postawy jest tolerowanie przez polityków i opinię publiczną zjawiska konfliktu interesów. Sytuacja min. Zbigniewa Ćwiąkalskiego była tu klasyczna. Tylko jeden przykład: miał nadzorować postępowania prokuratorskie prowadzone wobec biznesmenów, którym on sam jako adwokat świadczył usługi prawne. W podobnej sytuacji jest obecny szef ABW Krzysztof Bondaryk.

Podwładni szefów uwikłanych w konflikt interesów nie są przecież takimi idiotami, by zbyt głęboko angażować się w wyjaśnianie drażliwych (czytaj: ważnych dla silnych grup interesów) spraw.