Ważne wydarzenie na północnych rubieżach Europy. Do dymisji podał się rząd Islandii, pierwszej ofiary kryzysu gospodarczego, która pod koniec ubiegłego roku ogłosiła faktyczne bankructwo. Mała atlantycka wysepka była przez ostatnie dekady podręcznikowym studium zglobalizowanego kapitalizmu, który wymknął się spod kontroli, a potem z trzaskiem upadł. Teraz 300-tys. państewko będzie laboratorium podnoszenia się z szokującej plajty.

57-letni premier Geir Haarde uległ narastającej od kilkunastu tygodni presji ulicznych demonstracji. Skapitulował, gdy pod koniec tygodnia spokojni zazwyczaj Islandczycy rzucali w wiozące go na obrady parlamentu auto butami, śnieżkami i papierem toaletowym. – Kilku z nich znalazło się całkiem blisko premiera i nie mogą powiedzieć, żeby mieli pokojowe zamiary – mówił potem rzecznik islandzkiego rządu. Nowe wybory rozpisane zostały na 9 maja.

Premier Haarde rządził wprawdzie dopiero od 2006 roku, ale wcześniej przez dobrą dekadę kierował islandzkim resortem finansów i jako czołowy islandzki neoliberał objeżdżał świat tłumacząc na czym polega tajemnica islandzkiego sukcesu. Trudno więc nie zgodzić się z tysiącami Islandczyków od tygodni pikietującymi zasypany śniegiem maleńki budynek parlamentu w Reykjawiku. – Jak ten rząd może obiecywać, że wyprowadzi nas na prostą, skoro ci sami ludzie nas w to wpakowali. Skoro nie wiedzieli gdzie zmierzamy, to jak teraz mogą wiedzieć dokąd mamy iść – pieklił się kilka tygodni temu w rozmowie ze mną islandzki pisarz Hallgrimur Helgason, który całe dnie spędza na ulicznych demonstracjach i obserwuje największą traumę w powojennej historii 300 tysięcznej wyspy.

Morały z islandzkiej historii są dwa. Po pierwsze wiatr z Reykjaviku prędzej czy później musi powiać i przewietrzyć Europę. Są przecież na starym kontynencie rządy i politycy, którzy sprawują władzę zbyt długo, by zrzucić z siebie odpowiedzialność za zawalenie się turbokapitalizmu jaki znamy. Rządzący od dekady brytyjscy laburzyści, centroprawicowa irlandzka Fianna Fail, albo niemieckie SPD (w rządzie od 1998) zostaną ukarani przez wyborców już przy najbliższej wizycie przy urnie. Nie potrafili zapobiec tąpnięciu recesji niezależnie od tego czy lokowali się po lewej czy po prawej stronie sceny politycznej. Czas więc na nowych ludzi i nowe pomysły.

Ale jeszcze istotniejsze, by uważnie obserwować, co teraz będzie się działo na małej wulkanicznej wysepce pośrodku Atlantyku. Jak nowy rząd poradzi sobie z długami upaństwowionych trzech największych banków, który kilkunastokrotnie przekraczają budżet całego kraju? Na jakich zasadach zostanie zbudowany nowy system bankowy po zawaleniu się poprzedniego? W co zainwestować pożyczkę Międzynarodowego Funduszu Walutowego: w nowe pionierskie inwestycje czy odbudowę starych struktur finansowych? Wreszcie jak zareaguje przyzwyczajone do dobrobytu społeczeństwo na trzęsienie ziemi które przyniósł kryzys: wpadnie w depresję czy eksploduje innowacyjnością? To ważne pytania. Kryzys w Europie dopiero się zaczyna i nie wiadomo, kto na kontynencie może już niedługo znaleźć się w podobnym położeniu co 300 tys. Islandczyków.