Rozpoczęty wczoraj proces „inspiratorów” protestów powyborczych w Iranie jest kolejnym krokiem w staczaniu się islamskiej republiki w dyktaturę. Osadzonych, w tym przedstawicieli politycznego establishmentu, oskarżono o paktowanie z wrogami. Jeżeli w procesie zapadną wyroki skazujące, to, co dotychczas było w Iranie demokracją – ułomną, ale jednak – przemieni się w ordynarny reżim.

Na ławie oskarżonych obok studentów zasiedli wysocy funkcjonariusze rządu prezydenta reformatora Mohammada Chatamiego. Oskarżono ich o inspirowanie protestów w powiązaniu z Mudżahedinami Ludowymi, organizacją terrorystyczną wrogą islamskiej republice, która stanęła po stronie Iraku w wojnie toczonej w latach 80. Taki zarzut jest absurdem. Mudżahedini są powszechnie uważani w Iranie za zdrajców. Żaden irański polityk nie będzie z nimi paktował. Po pierwsze z powodów ideowych, pod drugie dlatego, że to organizacja słaba, o niewielkich wpływach. Takie oskarżenie ma jeden cel: zohydzić oskarżonych społeczeństwu. Irański wymiar sprawiedliwości z okrutnego, ale w miarę sprawiedliwego (w ramach szariatu), zmienia się w narzędzie terroru.

Nie na próżno demonstranci krzyczeli na ulicach Teheranu Allah-u-Akbar (Bóg jest wielki) i nieśli portrety Chomeiniego. Oni nie chcieli obalenia republiki, żądali przestrzegania ustanowionych przez nią praw.

Ahmadineżad je depcze. Dlatego nie tylko opozycjoniści, ale także kilku ajatollahów, część duchowieństwa z Kum, miasta matki rewolucji, oraz Rafsandżani, przewodniczący Zgromadzenia Ekspertów, jednego z filarów irańskiej władzy, kwestionowali przebieg wyborów i potępiali metody, jakimi stłumiono protesty.

To, co czyni Ahmadineżad,nie jest obroną republiki, lecz odzieraniem jej z islamskiej praworządności. Dlatego właśnie rodzi się nadzieja na obalenie reżimu. Irańczycy nie zaakceptują narzucania im zachodniej demokracji, są jednak gotowi do ofiar w obroni ich własnej demokracji islamskiej przeciwko brutalnej dyktaturze.