"To nie są wyłączenia trwałe, ale co chwilę zrywane są kolejne linie, łamane są kolejne słupy energetyczne" - mówił minister spraw wewnętrznych i administracji Jerzy Miller w radiowej Trójce.

Podkreślił, że nie chciałby, aby z tego powodu podnoszony był alarm "w sytuacji, gdy ten alarm bardziej przestrasza niż pomaga". "Wyłączenie 2 tys. odbiorców w 40-milionowym kraju to nie jest zdarzenie, które powinno stawiać na nogi duży odsetek społeczeństwa. Gdyby z tego tytułu, oprócz oczywistej niewygody, prądu nie miały szpitale, domy pomocy społecznej, to rzeczywiście mielibyśmy zachwianie bezpieczeństwa w państwie. Natomiast prawdą jest, że uruchomiono agregaty prądotwórcze, które obsługiwały i pompy na stacjach wodociągowych, i instalacje kanalizacyjne, i zasilały nawet w niektórych miejscach urzędy administracji lokalnej. W związku z tym okazało się, że struktury działające w sytuacjach awaryjnych zadziałały" - podkreślił minister.

Poinformował, że jeszcze w czwartek spotka się z wojewodami z terenów, gdzie są największe problemy z dostawami prądu, oraz z firmą energetyczną odpowiadającą za zasilanie i sprawność sieci przesyłowych. "Prawdopodobnie w czasie tego spotkania dowiem się o stratach. Starty poniesione przez samorządy wiążą się przede wszystkim z uruchomieniem agregatów, a także dodatkowych sił Państwowej Straży Pożarnej i Ochotniczej Straży Pożarnej, która przyszła w sukurs energetykom. Jest czas przychodzenia z pomocą ludziom bez prądu, jest czas liczenia skutków finansowych. Na razie ciągle mamy ten pierwszy etap" - zaznaczył szef MSWiA.

Podkreślił, że trwają przygotowania na wypadek powodzi, której można się spodziewać wiosną. "Taki stan zlodowacenia głównych cieków wodnych jak w tym roku, ostatni raz był w 1982 r. W związku z tym większość osób, które dzisiaj pracują w służbach ratunkowych, nie przeżyło w swoim życiu zawodowym takiego problemu" - powiedział Miller.