Dla przeciwników IV RP dzisiejsza sytuacja w polskiej polityce oznacza całkowite i ostateczne bankructwo tej idei. Dla jej zwolenników stanowi z kolei dowód, że z "układem" trzeba walczyć jeszcze bardziej stanowczo. Obie strony z nadzieją oczekują nowych wyborów, licząc na nowy przełom i zwycięstwo, które potwierdziłoby prawdziwość ich diagnoz. Sondaże pokazują jednak, że prawdopodobnie po wyborach będziemy mieli do czynienia z powtórką sytuacji z 2005 roku. Dwie partie prawicowe, które wtedy szły do wyborów z ideą zasadniczej reformy państwa, znów staną naprzeciwko siebie. Wciąż zatem warto się zastanawiać nad sensem hasła IV RP, nad dotychczasowym sposobem realizacji tego projektu i wnioskami, jakie z niej płyną. Od kilku tygodni pytamy o to na łamach "Europy" najważniejszych polskich intelektualistów. Dotychczas głos zabierali Henryk Domański, Andrzej Nowak, Ireneusz Krzemiński i Antoni Dudek. Ten ostatni zwracał uwagę, że IV RP to raczej melodia przyszłości, a zasadnicze reformy dopiero przed nami. Wątek ten podejmuje dziś Rafał Matyja, twórca hasła IV RP i jeden z najbardziej konsekwentnych obrońców związanego z tym hasłem projektu instytucjonalnej odnowy. Jego zdaniem w polskim życiu publicznym zachodzą dziś zmiany dobrze wróżące na przyszłość. Zanikają dawne wojownicze ideowe tożsamości. Słabną podziały charakterystyczne dla epoki transformacji. Powstają nowe nurty w większym stopniu biorące pod uwagę obecną rzeczywistość. Niestety zmiany te nie dotyczą sfery wąsko rozumianej polityki, która mimo pozornych przetasowań zastygła wedle Matyi w układzie z 2005 roku. Liderzy PO i PiS tkwią w impasie, którego raczej nie przełamią kolejne wybory. Polityka partii rządzącej utrwala chroniczny dla polskiej polityki brak zaufania między ugrupowaniami. Tymczasem największa partia opozycji wciąż nie dopracowała się przekonującego programu, który wykraczałby poza hasło "Wszystko, byle nie Kaczyńscy".

p

Rafał Matyja*

Przyszłość projektu IV RP

Na polskiej scenie politycznej mamy dziś do czynienia nie tyle z nowym uporządkowaniem, co z repliką podziału z roku 2005. Główni aktorzy tamtego spektaklu nie tylko zachowali pozycję liderów, ale w znacznym stopniu "zamrozili" spór sprzed dwóch lat. Tymczasem za ich plecami sporo się w tym czasie wydarzyło. Rozpoczął się proces zasadniczej weryfikacji pozycji ideowych i przekształceń dawnych tożsamości formułowanych pod presją "podziału postkomunistycznego". Proces ten hamowały rozmaite aborcyjno-lustracyjne "czkawki" z lat 90., histeryczne wywody na temat zagrożenia totalitaryzmem i dyktaturą oraz jałowe rozważanie alternatywy "III czy IV Rzeczpospolita?". Mimo to jest on dość dynamiczny i, jak się wydaje, nieuchronny. Istotą tego procesu nie jest ani spór Starej i Nowej Elity, ani tym bardziej spór o rację głównych aktorów politycznych. Polega on raczej na odchodzeniu od konstruowanych w warunkach starcia z bezideowym postkomunizmem tożsamości i dopracowywaniu się nowych stanowisk, bardziej osadzonych w realiach i doświadczeniach współczesnej Polski.

Inspiracje

Nowe wątki kształtujące nowe podziały i tożsamości wynikają z dwóch równoległych procesów: słabnięcia podziałów "transformacyjnych" właściwych dla lat 90. oraz nowych impulsów instytucjonalnych i społecznych. Słabnięcie podziałów właściwych dla epoki transformacji oznacza, po pierwsze, coraz mniejszą rolę "podziału postkomunistycznego", który wyznaczał postawy polityków, elit intelektualnych i wyborców. Nie znika on zupełnie, ale ulega relatywizacji, staje się "jednym z wielu" podziałów. Drugi element tego zjawiska dotyczy sporu światopoglądowego. Wydaje się, że Polska może stać się krajem konsensusu religijno-obyczajowego, w którym polityka nie jest narzędziem ani w rękach Kościoła, ani jego przeciwników. W którym strony akceptują status quo, nie chcąc wyborczej wojny religijnej i godzą się na to, by rywalizacja o dusze Polaków toczyła się w innym niż polityczny porządku. Trzecim elementem jest utrata przez rząd nadzwyczajnej władzy epoki transformacji związanej z procesami prywatyzacji gospodarki.

Równocześnie ze słabnącą rolą podziałów transformacyjnych pojawiły się nowe czynniki kształtujące przestrzeń społeczną debat. Pierwszym źródłem nowych impulsów są zmiany instytucjonalne, takie jak pojawienie się nowych mediów (TVN24, "Faktu" i "Dziennika") czy działalność IPN i kształtującego się wokół tej instytucji środowiska intelektualnego. W obu przypadkach mamy do czynienia z przełomem i emancypacją całego pokolenia dziennikarzy czy historyków nierespektujących już hierarchii właściwych dla lat 80. czy 90. Zauważmy, że w debacie o lustracji pojawił się wyraźny podział między częścią "starej opozycji" a młodym pokoleniem historyków dotyczący kwestii dostępu do archiwów dawnej SB. Wydaje się, że obok oceny PRL coraz istotniejsza dla debaty publicznej będzie kwestia sporu o rolę owej "starej opozycji", dziś jeszcze silnie zmitologizowaną i obwarowaną kilkoma tabu, które zostaną wcześniej czy później nieuchronnie obalone.

Kolejnym źródłem jest "druga fala okcydentalizacji" związana zarówno z członkostwem Polski w Unii Europejskiej, jak i wejściem w dorosłe życie pierwszych roczników wychowanych po roku 1989. Te zmiany będą owocować nowymi zjawiskami w sferze obyczajów - nie tylko aktami swobody obyczajowej, lecz także innym stosunkiem do pracy, do instytucji i państwa. Widać wyraźnie, że w niektórych sferach może pojawić się też "nowy rygoryzm" będący skutkiem stabilizacji społecznej po wielkim wstrząsie transformacyjnym. Zmianie ulegnie zapewne pojmowanie patriotyzmu i tożsamości narodowej, a także - z niezwykle istotnym udziałem elit - rozumienie państwa jako aktora gry międzynarodowej. Trzeci element nowej sytuacji wiąże się z trwającym już piąty rok kryzysem ustrojowym i politycznym III Rzeczpospolitej. Jego czynnikiem sprawczym było załamanie się - w okresie rządów Millera - reguł stosowności właściwych dla tej formacji, a zarazem załamanie się wzajemnego zaufania w obrębie elity. Sprawa Rywina była tylko przejawem owego zjawiska, ale podobne przypadki występowały także w innych miejscach (m.in. w relacjach między prezydentem a premierem). Spór o diagnozę sytuacji i o to, jak wyjść z kryzysu, w czym pokładać nadzieję i zaufanie, stał się istotnym czynnikiem różnicującym poglądy dwóch głównych partii centroprawicy. Pierwsza wystąpiła z diagnozą, w której źródłem zła był układ postkomunistyczny, a terapia polegała na wzmocnieniu instytucji państwa zdolnych do walki z korupcyjnymi skutkami dominacji tego układu. Druga z partii zdefiniowała zło jako skutek nadmiernego upolitycznienia i upartyjnienia państwa. Postulowała zatem zmianę ordynacji wyborczej, likwidację Senatu, zmniejszenie liczby radnych i posłów, wzmocnienie apolitycznej administracji. To zatem, że w polityce dominują dziś PO i PiS, nie jest wyborczą aberracją czy dowodem na to, że Polska po raz kolejny wyłamała się z europejskich standardów, zgodnie z którymi naprzeciw umiarkowanej (najlepiej chadeckiej) prawicy stać ma politycznie poprawna socjaldemokracja. To raczej efekt tego, że lewica postkomunistyczna przegapiła moment zmiany społecznej i instytucjonalnej - zamiast wykorzystać katastrofę AWS do "aggiornamento", cofnęła się w istocie do programu "Teraz już można!" i oddała władzę w ręce Leszka Millera.

Uczestnicy

Kto zatem jest dziś uczestnikiem istotnego i mającego konsekwencje dla przyszłości sporu? Wydaje się, że kluczową rolę odgrywają dwa ośrodki polityczne zbudowane wokół Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Można je nazwać "PiS" oraz "PO", ale w tym przypadku to nie partie kształtują rzeczywistą ofertę programową i nie one określają priorytety działania. Czynią to stosunkowo wąskie sztaby odpowiedzialne za polityczną rozgrywkę i PR. Sztaby te potrafią na potrzeby kampanii definiować nowe osie podziału (Polska liberalna kontra Polska solidarna) i dobierać "twarze" kampanii, szukając kontaktu z właściwymi "segmentami elektoratu". Nie stanowią jednak kompetentnego zaplecza ani w sztuce rządzenia państwem, ani w poważnej rozmowie z elitami społecznymi. Co więcej, oba ośrodki starają się nie tylko ograniczyć występowanie silnych osobowości w obrębie własnych partyjnych drużyn, ale także w istotny sposób znieść wewnętrzną debatę. Przypomnijmy, że Marek Jurek odszedł po tym, jak uniemożliwiono mu przedstawienie swych racji na forum Rady Politycznej PiS. Przypomnijmy też, że zapowiadana długo gliwicka konferencja programowa PO została skutecznie spacyfikowana, a jej potencjalni uczestnicy musieli pogodzić się z losem outsiderów.

Z pewnością ma rację Antoni Dudek, krytykując na łamach "Europy" pryncypia polityki kadrowej Jarosława Kaczyńskiego (który opiera swą władzę na "weteranach PC") i postulując szersze zaproszenie do instytucji publicznych przedstawicieli młodego pokolenia. Problem nie ma jednak wyłącznie charakteru pokoleniowego. Obaj liderzy - Kaczyński i Tusk - niechętnie dobierają sobie wyrazistych i sprawiających trudności swą "podmiotową postawą" współpracowników. To sprawia, że w wypadku Platformy i PiS nie możemy wymienić długiej listy potencjalnych liderów, co cechowało kiedyś SLD, UW czy AWS.

Oś politycznego konfliktu

Wytyczona przez Tuska i Kaczyńskiego oś sporu politycznego utrwala ostrość podziału między PO a PiS. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w sferze skutków realnych, a nie skojarzeń wykorzystywanych w kampanii wyborczej, oznacza ona konflikt między czterema parami wartości. Pierwsza z nich opisuje stosunek obu ośrodków do kwestii przestępczości i korupcji. Jest to opozycja państwa surowego i państwa przyzwalającego. Państwa, które ryzykuje nadmierną kontrolę po to, by ograniczyć przestępczość i korupcję, oraz państwa, które ryzykuje większy zakres patologii, obawiając się ograniczyć wolność obywateli. Pamiętajmy, że właśnie poruszanie tych zagadnień - a nie antykomunizm czy hasła światopoglądowe - umożliwiło niegdyś Prawu i Sprawiedliwości wejście do Sejmu IV kadencji. Dało tej partii zakorzenienie społeczne wykraczające poza dotychczasowe podziały. Druga para przeciwieństw dotyczy stosunku władzy do obywateli. PiS zaprezentowało w tej sferze model deklaratywnego paternalizmu. Deklaratywnego, bo określającego przede wszystkim protekcjonalny ton deklaracji ("zaopiekujemy się Tobą"). Platforma odpowie zapewne równie deklaratywnym liberalizmem, wracając do Wałęsowskiej retoryki "dawania wędki, a nie ryby". W praktyce zaś chwilowy brak wędek (będący rzecz jasna skutkiem błędów PiS) pokryje doraźną dystrybucją ryb. Miał rację Stanisław Janecki, gdy pisał, że "paternalistyczna filozofia władzy Jarosława Kaczyńskiego służy leniwym konikom polnym, a nie pracowitym mrówkom". Jednak elektorat pracowitych mrówek ma małe szanse zyskać politycznego reprezentanta w PO.

Trzecia para przeciwieństw dotyczy niezwykle istotnej sfery reform instytucjonalnych. Opozycję tę opisali znakomicie Olsen i March - wskazując na amerykański spór między "administracyjną ortodoksją" a zwolennikami "Realpolitik". Stanowisko ortodoksów kładzie nacisk na sprawczą moc dobrze skonstruowanych procedur. Realiści zaś uznając, że neutralne procedury nie istnieją, za kluczowe uznają narzędzia spersonalizowanej kontroli oraz cynicznie odnoszą się do ocen "stosowności" kształtowanej przez instytucję. Opozycja ta jest dobrze widoczna, gdy porównamy bliskie duchowi administracyjnej ortodoksji propozycje Jana Rokity sprzed dwóch lat z praktyką działań PiS choćby w przypadku KRRiT czy publicznego radia i telewizji.

Czwarta para przeciwieństw określana jest przez sposób rozumienia polityki zagranicznej Polski. Tu rywalizujące koncepcje osadzone są nie tyle w tradycyjnie rozumianych koncepcjach sojuszy i definiowania przeciwników, ile w ideowych i pragmatycznych wykładniach istoty polityki zagranicznej. Spór ten dotyczy sposobu rozumienia interesu narodowego i racji stanu, ale także reguł zabiegania o oczywiste polskie interesy. W tym punkcie warto dostrzec różnice między Tuskiem i jego otoczeniem a stanowiskiem Jana Rokity, a niekiedy także Jacka Saryusz-Wolskiego. Ta czwarta sfera będzie zatem stanowiła istotny punkt sporu, jeśli PO nie ograniczy się do krytyki nieudolności dyplomacji i zaatakuje same pryncypia polityczne PiS.

Podsumowując, koncentrowanie się na policyjnych (kontrolnych) funkcjach państwa, paternalizm społeczny oraz ręczne sterowanie administracją, realizowane przede wszystkim przez twardą politykę kadrową, to cechy charakterystyczne rządów PiS w ciągu ostatnich dwóch lat. Jednak ośrodek kierowniczy tej partii realizował równocześnie rzeczywisty "drugi program" oparty na retorycznym wzmocnieniu rywalizacji i poczucia niepewności, na redukcji wzajemnego zaufania istotnych graczy politycznych. W ten sposób próbował użyć do stabilizowania własnej pozycji tych zasobów, które zwykle uznawane są za swego rodzaju "rezerwy państwowe". Poziom wzajemnej nieufności po dwóch latach rządów jest tak wysoki, że utrudnia wprowadzanie jakichkolwiek projektów ustrojowych wymagających szerszego konsensusu politycznego.

Czego możemy spodziewać się po Platformie? Trzy lata temu jej lider zdobył się na ważną deklarację liberalnego, antypolitycznego populizmu, jaką była broszurka "4 x tak". Do tych wyborów idzie już tylko z hasłem "odsunięcia od władzy PiS" i "przywrócenia normalności". Jeżeli wygra, to pierwsze hasło zrealizuje w drugim miesiącu rządów, a drugie schowa głęboko na dnie szuflady. W maju br. na pytanie o "wielką narrację Platformy" bliski współpracownik Tuska Rafał Grupiński odpowiadał: "Projekt Polski silnych praw obywatelskich, samorządowej, lokalnej, opartej na indywidualnych decyzjach ludzi, na równowadze władz...". "Jednym słowem: nuda, jak plakaty Partii Demokratycznej" - podsumował prowadzący wywiad dziennikarz "Rzeczpospolitej". Bez wątpienia mało jak na partię od czterech lat aspirującą do rządzenia.

Jeżeli Platformie dane będzie tworzyć rząd, będzie musiała sięgnąć do sfery "niewybieralnych alternatyw" - projektów niewystawianych do wyborczej licytacji, ale obecnych w debacie publicznej. Wyborca tej formacji nie wie jednak, czy jego wybrańcy sięgną po pakiet liberalnej arogancji a` la Balcerowicz, czy tworzenia społecznego kapitału a` la Szomburg. Czy w rządzie dominować będzie administracyjna ortodoksja według projektu Rokity, czy "wicie-rozumicie" właściwe rządom III RP.

"Niewybieralne" możliwości

Konflikt między PO a PiS ograniczył jednak realne możliwości przełamania kryzysu Rzeczpospolitej, odbudowy zachwianego zaufania i rekonstrukcji instytucjonalnej.

Wraz z utratą szans na koalicję dwóch głównych partii straciliśmy nie tylko perspektywę reform ustrojowych. Wydaje się, że "niewidzialna" i - jak się okazało - całkowicie "niewybieralna" formacja o nazwie PO-PiS tonąc, pociągnęła za sobą na dno trzy dość interesujące formacje ideowe, które z pewnością szukać będą innej drogi na polityczne forum. Pierwszą z nich określiłbym mianem republikańskiej, zakładała bowiem, że odrodzenie polityczne dokona się za sprawą przebudzenia postaw obywatelskich. Jej ideową formułę próbował wypowiedzieć Zdzisław Krasnodębski, podobnie myśleli zapewne organizatorzy i mówcy Kongresów Obywatelskich z Janem Szomburgiem i Jarosławem Gowinem czy redaktorzy krakowskich "Pressji". Republikanizm mógł być pewnym spontanicznym odruchem nadziei związanym z odsunięciem od władzy postkomunistów i stworzeniem przez nowy polityczny układ przestrzeni istotnej publicznej debaty i aktywności.

Istotny dla republikanów był przy tym także moment politycznego moralizatorstwa, poważnie traktowanej "rewolucji moralnej". Nic zatem dziwnego, że spektakl PO-PiS-owej wojny na górze zniszczył zarówno etyczny, jak i pragmatyczny wymiar programu republikańskiego. Liderzy partii, którzy ledwie dostrzegali posłów z drugiego rzędu ław sejmowych, nie mieli najmniejszej ochoty na jakiekolwiek ożywienie społeczne niosące ze sobą konieczność liczenia się z jakąś niepotrzebną rzeszą podmiotów życia publicznego. Groteskowe próby odgórnej mobilizacji obywatelskiej podjęte przez obie partie w okresie kampanii samorządowej potwierdzały tylko gorzkie rozczarowanie republikanów. To oni pierwsi rozstali się z ideą IV Rzeczpospolitej.

Drugą z formacji, która mogła liczyć na sukces w ramach formuły PO-PiS, była grupa, której cele miały charakter metapolityczny. Która liczyła przede wszystkim na istotny zwrot w sferze wartości życia publicznego, ale nie wiązała ich bezpośrednio z aktywnością obywatelską. Jej programem jest trwała zmiana przekonań i zachowań elit społecznych, swego rodzaju kulturowa i polityczna alternatywa III Rzeczpospolitej. Za jej reprezentantów uznałbym bez wątpienia Ryszarda Legutkę, Cezarego Michalskiego, Bronisława Wildsteina i Piotra Semkę. W młodym pokoleniu publicystów takie postawy - silniej nacechowane pierwiastkiem religijnym - reprezentują Tomasz Terlikowski czy Michał Szułdrzyński. Linię kulturowej konfrontacji z liberalno-postkomunistycznym mainstreamem reprezentuje od lat dwumiesięcznik "Arcana" Andrzeja Nowaka oraz dopiero doprecyzowująca swą formułę "Teologia Polityczna". Co ciekawe, formacja ta zachowuje najwyższy poziom krytycyzmu wobec III Rzeczpospolitej, identyfikując ją przede wszystkim z kulturową dominacją postkomunistycznej wersji liberalizmu.

Trzecią z postaw zainteresowanych żywotnie sukcesem koalicji PO-PiS stanowi formacja, którą pozwoliłem sobie nazwać konserwatywnym instytucjonalizmem. Jej postulaty koncentrują się wokół zmian o charakterze ustrojowym (przy czym ustrój rozumie ona jako ogół obowiązujących reguł, a nie tylko prawo konstytucyjne). Przesłanki takich zmian przedstawił w "Demokracji nieformalnej" Artur Wołek, opisując charakter rzeczywistych reguł polskiej polityki i podważając "normatywistyczne" wizje apologetów konstytucji 2 kwietnia. W koalicji PO-PiS rzecznikami takiej opcji mogli być Ludwik Dorn, Jan Rokita czy Kazimierz Ujazdowski, w jej eksperckim zapleczu zaś można by umieścić szerszą koalicję od "Międzynarodowego Przeglądu Politycznego" Konrada Szymańskiego po Centrum im. Adama Smitha Andrzeja Sadowskiego. Co ciekawe, w pewnym okresie można było tu zaliczyć także Andrzeja Zybertowicza, gdy podkreślał on jeszcze, że "czym innym jest kontrolowanie pewnych instytucji poprzez wprowadzanie tam swoich ludzi, a czym innym wprowadzanie reguł gry zgodnych z założeniami IV Rzeczpospolitej". Warto dostrzec też fakt, że w poprzek tych trzech grup przebiega niezwykle ciekawy spór o stosunek do nowoczesności (której nie należy mylić z czysto ideologicznym postulatem modernizacji) toczony między "Dziennikiem" a "Rzeczpospolitą" (przy znaczącej absencji "Gazety Wyborczej" zainteresowanej wyłącznie modernizacyjnym szantażem). Spór ten nie przekłada się dziś jeszcze na postawy polityczne, co pozwala obu gazetom zachować polityczny i środowiskowy pluralizm, a zarazem wyraziście opisywać napięcie między dwiema postawami wobec nowoczesności.

Ważną rolę w tym sporze odgrywa dziś grupa tradycjonalistów, której pozycja wydawała się niezależna od szans koalicji PO-PiS. W sensie politycznym dała się ona zamknąć w bardzo wąskiej formule Prawicy Rzeczpospolitej Marka Jurka, mimo iż w przyszłości może szukać sympatyków także w PiS i Lidze Polskich Rodzin. Jej siłą jest atrakcyjny dla części elit intelektualnych integralny program konserwatywny, połączony z radykalną krytyką nowoczesności. Ideowe i cywilizacyjne uzasadnienie tego nurtu zostało wypracowane przez Jacka Bartyzela, Pawła Milcarka, Pawła Lisickiego i autorów z kręgu "Frondy". Posiada zatem silny walor kulturowy i formacyjny, z trudem przekładający się - co podkreśla Bartyzel - na realia demokratycznej polityki. Projekty takie, jeżeli nie zużywają się w kolejnych próbach politycznego istnienia, mogą zachować - zwłaszcza gdy mają utalentowanych rzeczników - ważną pozycję w publicznej debacie. Wydaje się, że w tym przypadku punktem wyjścia będzie przemyślenie ostatniej lekcji praktycznej polityki, która zepchnęła to środowisko na pozycje całkowicie defensywne. Nie wiadomo, która z opisywanych tu "niewybieralnych" możliwości odegra istotną rolę polityczną w najbliższym czasie. Wydaje się jednak, że te spluralizowane wewnętrznie i przeżywające przekształcenia środowiska mają pewną wspólną szansę, o ile będą potrafiły uczestniczyć w kształtowaniu Nowej Elity, a nie zużyją swych sił na walkę ze Starą Elitą lub na zabieganie o uwagę polityków. Ów status Nowej Elity możliwy jest - jak sądzę - do osiągnięcia przez radykalny zwrot ku rzeczywistości i dylematom, jakie generowane są w sferze instytucji politycznych i gospodarczych, akademickich i medialnych. Nową Elitę będzie można zbudować, jeżeli środowiska o rodowodzie prawicowym nie zamkną się w ekskluzywnych klubach "rozczarowanych i niedopieszczonych", lecz spróbują wykorzystać swoją pozycję jako okazję do swoistego public advocacy podejmującego na nowo "zmarnowane" przez upadek PO-PiS idee naprawy Rzeczpospolitej.

Rafał Matyja

p

*Rafał Matyja, ur. 1967, politolog, historyk, wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Jeden z najbardziej znanych polskich publicystów i komentatorów politycznych - dziś związany z "Dziennikiem". Był działaczem opozycji demokratycznej, redaktorem pism "Nurt" oraz "Debata". W latach 90. pełnił funkcję redaktora naczelnego "Kwartalnika Konserwatywnego" oraz redaktora "Nowego Państwa". Opublikował (wraz Kazimierzem M. Ujazdowskim) książki "Równi i równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych: szansa czy zagrożenie?" (1994). Ostatnio wydał "Państwowość PRL w refleksji politycznej lat 1956 - 1980" (2007). W "Europie" nr 171 z 14 lipca br. zamieściliśmy jego tekst "Konserwatywny instytucjonalizm".