Być może odpowiedzią dla Markowa jest opinia naszego dzisiejszego rozmówcy Edwarda Luttwaka. A brzmi ona zaskakująco: Obama to kontynuator neokonserwatywnej polityki poprzedniej administracji. Luttwak uważa, że obecny prezydent jest do takiego działania poniekąd zmuszony. Zaniechanie udzielania pomocy Ukrainie i Gruzji - nawet jeśli nie są one partnerami łatwymi i przewidywalnymi - równoznaczne jest bowiem z ryzykiem rozpoczęcia regularnej wojny. Obama kontynuuje też politykę Busha wobec Iraku, Afganistanu i Chin. Ale, zdaniem Luttwaka, bynajmniej nie prowadzi to do międzynarodowej konfrontacji, o co bywał oskarżany poprzedni prezydent. Dziś żadnej z wielkich potęg nie opłaca się prowadzenie polityki mocarstwowej w kategoriach siły. Prawdziwe problemy dotyczą bowiem takich spraw jak kryzys finansowy i kryzys Wspólnoty Europejskiej. Ich rozwiązanie wymaga dialogu między największymi graczami. Aby jednak przynosił on efekty, każda ze stron powinna stanowczo artykułować swoje interesy.

p

Karolina Wigura: Za nami pierwsza rocznica wybuchu wojny rosyjsko-gruzińskiej. Z tej okazji byliśmy świadkami swoistej powtórki z kadencji George’a W. Busha. Wiceprezydent USA zapewnił w Tbilisi, że Stany Zjednoczone niezmiennie popierają integralność terytorialną Gruzji… Jak należy rozumieć to posunięcie?
Edward Luttwak*: To jeszcze jeden dowód na to, że administracja Baracka Obamy kontynuuje neokonserwatywną linię poprzedniego rządu w dziedzinie polityki zagranicznej.

Przepraszam, ale chciałabym prosić, żeby pan to powtórzył: Obama, demokrata, którego najważniejszym hasłem w kampanii wyborczej była zmiana, prowadzi neokonserwatywną politykę zagraniczną?
Jak najbardziej. W istocie, jeśli Obama odniósł dotychczas na tym polu jakieś sukcesy, to tam, gdzie zdecydował się porzucić slogan wyborczy "change" i kontynuować stabilną linię polityczną swojego poprzednika. Gruzja nie jest odosobnionym przypadkiem. Administracja Obamy będzie popierać nie tylko ją, ale i Ukrainę. Nawet jeśli nie są to łatwi i wiarygodni partnerzy, nawet jeśli sposób prowadzenia przez nich polityki jest, delikatnie mówiąc, awanturniczy, Amerykanie nie mają innego wyjścia. Albo będą tym krajom pomagać, albo ryzykują rozpoczęcie regularnej wojny.


Nie było też żadnej zmiany polityki w Iraku. Zaplanowany za poprzednich rządów proces stopniowego przekazywania władzy w ręce Irakijczyków nie został w ostatnich miesiącach ani trochę przyspieszony. Do Afganistanu wysłano jeszcze więcej wojsk. W ten sposób pokazano, że nowy prezydent jest równie sprawny i zdecydowany jak poprzedni. Podobną kontynuację widać w wypadku Chin.

Obama właśnie ogłosił zawarcie sojuszu między USA a Chinami. Czy to oznaka naśladowania poprzednika?
Nie ma powodu, by sądzić inaczej. Obama nawet podczas kampanii wyborczej nigdy nie krytykował polityki George’a W. Busha wobec Chin. Była ona prowadzona wedle zrównoważonej, subtelnej linii, a Bush należał do nielicznych amerykańskich prezydentów, którzy mieli rzeczywistą wiedzę o Państwie Środka. Dobra współpraca miała więc miejsce już wcześniej, a jej zacieśnienie ma związek z próbami rozwiązania kryzysu finansowego, który naznaczył zwłaszcza początek prezydentury Obamy. Jak pamiętamy, Amerykanie zwrócili się najpierw do Europejczyków z propozycją opracowania wspólnych programów wydawania amerykańskiej rezerwy federalnej i napędzania w ten sposób koniunktury. Unii Europejskiej zabrakło jednak woli porozumienia. Skorzystały natomiast Chiny, które na amerykańską propozycję odpowiedziały natychmiast. Dziś układ z tym państwem jest najważniejszym sojuszem, jaki istnieje na arenie międzynarodowej. Nie liczy się ani G20, ani G8, ale G2, czyli USA i Chiny.

Dlaczego Obama zdecydował się zrezygnować ze zmian w relacjach z tymi państwami na rzecz kontynuowania linii Busha?
Oprócz tego, że uważam, że jest to naprawdę rozumna strategia - w sensie jej konsekwencji międzynarodowych - istnieje też głębszy powód. Od samego początku prezydentury największym zmartwieniem Obamy jest bezustanne wystawienie na surową krytykę ze strony konserwatystów. Zwrot w polityce zagranicznej ma również inny sens: skoro Obama atakowany jest na tak wielu frontach, niech będzie chociaż jedna dziedzina, w której nikt mu się nie sprzeciwia. Dzięki temu "parasolowi ochronnemu" Obama może bez większych kompromisów budować swoją liberalną i - jak na Stany Zjednoczone - bardzo lewicową politykę wewnętrzną, do której zalicza się między innymi wielka reforma opieki zdrowotnej, zmiana wysokości podatków i tak dalej.


W swojej analizie nie uwzględnia pan jednak nowego elementu, który Obama wprowadził do polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, obejmując stanowisko w Białym Domu. Joseph Nye twierdzi, że w ciągu zaledwie pół roku Obama zwiększył ilość amerykańskiej soft power bardziej niż wielu jego poprzedników.
Wymyślone przez Josepha Nye’a pojęcie soft power lepiej sprawdza się w sali wykładowej niż w realnej polityce. To trochę dziecinna, a trochę akademicka wiara, że politykę międzynarodową można tworzyć za pomocą uśmiechów. Prezydentura Obamy jest wielkim eksperymentem mającym zbadać rolę uśmiechu w polityce. Media kochają go za ładny uśmiech i elokwentne mowy. Jednak na tym koniec. Relacje międzynarodowe zmienia się czynami, a nie słodkimi słówkami.

Słynna mowa wygłoszona przez Obamę w Kairze według pana również nie odniosła skutku?
Ależ przeciwnie! Odegrała bardzo ważną rolę koronnego dowodu na to, że uśmiechy i mowy niczego ze sobą nie przynoszą. Obama pojechał do Kairu i dał wyraz swojemu zachwytowi cywilizacją islamu. Prawda jest taka, że równie dobrze mógł pogrozić i powiedzieć, że jeśli muzułmanie w dalszym ciągu będą terroryzować swoje kobiety i zabraniać młodym edukowania się, nigdy nie wydobędą swojej kultury z opłakanego stanu, w którym się znalazła. Nie ma żadnej różnicy. W Afganistanie żołnierze nie są uzbrojeni w soft power, tylko w karabiny. Te karabiny działają wtedy, gdy piękne słowa nie przynoszą już rezultatu. Mowa w Kairze nie zmieni ani rządu w Egipcie, ani w Arabii Saudyjskiej. Przywódcy palestyńscy dopiero co mieli spotkanie w Ramallah, podczas którego ogłosili, że pragną przejąć Jerozolimę, Tel Awiw i Hajfę. A już największą porażką były próby oddziaływania za pomocą soft power na Iran. Ali Chamenei i skupieni wokół niego ludzie uważają antyamerykanizm za jedyną siłę jednoczącą Irańczyków. Dlatego, choć bez trudu mogliby poprzeć polityka zrównoważonego i subtelnego jak Chatami, wybrali Ahmadineżada, który znakomicie spełnia swoją rolę psa kąsającego Zachód po łydkach. Podjętą przez Obamę próba wyciągnięcia do nich ręki musiała spalić na panewce, bo była fatalnie obliczona.

Jak ocenia pan w takim razie "nowe otwarcie", którego Obama starał się dokonać w stosunkach z Rosją?
To oczywiście bardzo sympatyczne hasło. Obama spotkał się nawet z Miedwiediewem, który jest równie sympatyczny. Ale szybko okazało się, że cała ta wizyta nie odniosła absolutnie żadnych rezultatów. Po pierwsze, Rosjanie postawili Amerykanom warunki, które tak czy inaczej nie mogły zostać spełnione: wolna ręka w Gruzji i na Ukrainie dla Putina, a w zamian pomoc w negocjacjach z Iranem i Koreą Północną. Jak już wiemy, choć interes mógł okazać się dobry, Amerykanie nie mogli pójść tą drogą. Po drugie, rosyjskie gazety ani na chwilę nie przestały pisać o kłamliwości Ameryki i spiskach Zachodu. Reżim rosyjski, podobnie jak irański, nie jest w stanie funkcjonować bez antyamerykanizmu. Relacje amerykańsko-rosyjskie bardzo szybko powróciły zatem do swojego poprzedniego stanu.


Musi pan jednak przyznać, że atmosfera, którą wytwarzał w relacjach międzynarodowych George W. Bush, była często trudna do zaakceptowania. Postępowanie Obamy może nie zawsze być udane, jednak ma na celu oczyszczenie atmosfery.
Trudno oczywiście obwiniać Obamę za charakter samych Rosjan. Od dziesiątek lat się nie zmieniają, mają wciąż mentalność Złotej Ordy. Jeden amerykański prezydent tego nie zmieni. Ale amerykański prezydent ma obowiązek lepiej rozpoznawać sytuację.

Pozostaje kwestia naprawy stosunków USA z Unią Europejską. Choć tak bardzo podkreślał pan znaczenie sojuszu z Chinami, Obama na Dalekim Wschodzie jeszcze nie był, podczas gdy w Europie - już trzy razy.
Na początku rzeczywiście Obama pragnął wypracowania stosunków z Europą na nowo. Za panowania George’a W. Busha toczyły się bezustanne kłótnie. Dlatego podczas swoich wizyt Obama starał się wynegocjować ze Wspólnotą dość proste sprawy. Po pierwsze, by Europejczycy czynnie przyłączyli się do wyciągania światowej gospodarki z kryzysu. Po drugie, by wysłać więcej wojsk do Afganistanu. I po trzecie, by Europa doprowadziła do stworzenia wspólnej polityki energetycznej, która pozwoliłaby uniezależnić się od Rosji i wspólnie ze Stanami prowadzić z nią negocjacje. I co się okazało? Nie tylko odpowiedź na wszystkie trzy propozycje była negatywna. Dodatkowo każdy z europejskich przywódców starał się przekonać Obamę, że to on jest najważniejszy i że z innymi nie warto rozmawiać. Merkel nazywała Sarkozy’ego głupcem. Sarkozy mówił, że Berlusconi to klown. Gordon Brown - że politycy z kontynentu są nic nie warci. A wszyscy razem przekonywali, że tak czy inaczej nie ma sensu rozmawiać ze sprawującymi prezydencję Unii Czechami, bo ci po prostu się nie liczą. Zamiast Europy Obama odkrył więc wielką pustkę.

Uważa pan, że polityka Stanów wobec Europy jest skazana na porażkę niezależnie od tego, w jaki sposób będzie prowadzona?
Polityka europejska przechodzi swoisty regres. Brakuje myślenia w kategoriach globalnych. Niemcy będące sercem projektu europejskiego robią wszystko, by uniemożliwić Wspólnocie działanie - czy to w kategoriach polityki zagranicznej, czy czysto ekonomicznych. Mówiłem wcześniej, że Chiny bardzo chętnie zgodziły się na plan wychodzenia z kryzysu, przygotowany przez USA. Co robiła w tym czasie Europa? Przygotowywała się do jazdy na gapę. Skoro i tak skorzystamy na zabiegach dokonanych przez Chiny i Amerykę, to po co ryzykować? - zdawały się mówić Niemcy. Francuzi argumentowali, że nie mogą narazić na niebezpieczeństwo swojego systemu ubezpieczeń społecznych. Zaś Włosi ogłosili, że mają tak wielką dziurę budżetową, iż nie ma mowy o wydaniu choćby eurocenta. Zamiast tego kilka razy zmieniali miejsce, w którym miał odbyć się szczyt G20, by w końcu urządzić go w Aquili, miasteczku, które zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi. Trudno o piękniejszy gest: pogoda podobno dopisała, a jedzenie było wyśmienite… Doprawdy przypominało to przemalowywanie ścian sali operacyjnej, gdy pacjent leży już na stole. Dlatego Chińczycy nie przyjechali na tamten szczyt. Mieli najwyraźniej ważniejsze zajęcia niż próbowanie wspaniałego menu.


Chwali pan Obamę tam, gdzie naśladuje Busha, ale nie akceptuje jego prób odmiany wizerunku USA. Jednocześnie sam przyznaje pan, że atmosfera stosunków międzynarodowych, choćby z Rosją i Europą, za George’a W. Busha była zła…
Nie chcę zabrzmieć przesadnie pesymistycznie. Z politycznego punktu widzenia żyjemy w bardzo dobrych czasach. Nie ma żadnej wielkiej wojny. Żadna z wielkich potęg nie ma dziś ambicji, by prowadzić politykę mocarstwową w kategoriach siły. Rosjanie chcą oczywiście mieć swoją strefę wpływów, ale nie zamierzają drastycznie przesuwać swoich granic jak w połowie dwudziestego stulecia. Chińczycy z całą pewnością nie są zainteresowani przestawieniem się ze wzrostu gospodarczego na wyścig zbrojeń. Hindusi z kolei mają bardzo ograniczone możliwości działania na arenie międzynarodowej, ponieważ brakuje im zainteresowania globalną polityką siły. Pozostają Stany Zjednoczone, które choć ze wszystkich mają największe ambicje, by odgrywać rolę światowego gracza, nie są jednak zainteresowane angażowaniem się w żadne nowe konflikty zbrojne. Jednak poważnych problemów nie brakuje. Kryzys finansowy jest pierwszym z nich. Głęboki kryzys Wspólnoty Europejskiej - drugim. Nie należy też lekceważyć powolnego wciągania Czech w rosyjską strefę wpływów. Problemy te należy rozwiązywać jeden po drugim. Piękne słowa i uśmiechy mogą nam zapewnić jedynie dobre samopoczucie.

p

*Edward Luttwak, ur. 1942, amerykański historyk, ekonomista, specjalista w zakresie studiów strategicznych, obecnie konsultant Center for Strategic and International Studies w Waszyngtonie. Wykładał m.in. w Berkeley i Yale. Był pracownikiem Departamentu Obrony i Departamentu Stanu. Opublikował kilkanaście książek - m.in. "Strategy and History" (1985), "The Endangered American Dream" (1993). Po polsku ukazał się jego "Turbokapitalizm. Zwycięzcy i przegrani światowej gospodarki" (2000). W "Europie" nr 240 z 8 listopada ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Obama nie spełni obietnic".