Jak informuje portal wirtualnemedia.pl w poniedziałek Łukasz Sitek razem z Maciejem Boryniem poprowadził na żywo program "Pomorze Samorządowe", emitowany po godzinie 19:00 na antenie TVP3 Gdańsk.

Reklama

Jednym z tematów odcinka była informacja, że obecny prezydent Gdańska Paweł Adamowicz wystartuje w najbliższych wyborach samorządowych.

O Łukaszu Sitku zrobiło się głośno w lutym tego roku, gdy lokalne media podały, że miał grozić w Gdańsku pracownikom PKP i skuwającym go policjantom.

Incydent opisała trójmiejska "Gazeta Wyborcza". 10 lutego wczesnym rankiem Sitek wsiadł do pociągu Pendolino na stacji Gdynia Główna, który lada moment miał ruszyć w trasę do Krakowa. Gdy zajął jeden z foteli, podszedł do niego kierownik pociągu z prośbą o okazanie biletu. Chwilę wcześniej jeden z pracowników miał widzieć Sitka leżącego na ziemi pod restauracją Subway na dworcu.

Dziennikarz TVP Info chciał kupić bilet do Gdańska Oliwy, rzucając pracownikowi PKP Intercity banknot 10-złotowy. Kiedy kierownik poinformował, że przejazd (z należną dopłatą) kosztuje 170 złotych, mężczyzna przedstawił się jako dziennikarz Telewizji Polskiej i zażądał wydania biletu. Wówczas kierownik nakazał podróżnemu opuścić pociąg. I to właśnie wtedy pod adresem swoim i swojej rodziny usłyszał serię wyzwisk. Sitek miał krzyczeć, że jeśli nie pojedzie, to "wszystkich załatwi" i używać wulgarnych słów. Chciał też nagrywać zaistniałą sytuację telefonem, ale aparat wypadł mu z ręki. Kierownik pociągu na pomoc wezwał patrol policji i Straży Ochrony Kolei.

Z zawiadomienia wynikało, że nietrzeźwy mężczyzna, który jest wulgarny, zakłóca porządek, nie chce opuścić pociągu, powoduje jego opóźnienie – powiedział kom. Krzysztof Kuśmierczyk z Komendy Miejskiej Policji w Gdyni.

Mężczyzna był agresywny i groził funkcjonariuszom utratą pracy. Został wyprowadzony w kajdankach – potwierdza w rozmowie z gazetą Bartłomiej Drobotowicz, zastępca komendanta Komendy Regionalnej Straży Ochrony Kolei w Gdańsku. Sprawa będzie miała finał w sądzie.

Teraz Sitek przedstawia własną wersję zdarzenia w pociągu i zarzuca "GW" kłamstwo.

Oświadczenie w tej sprawie wydał na swoim Facebooku. "Nie są prawdą informacje zawarte w tekście Gazety Wyborczej na mój temat. Po pierwsze nie jest prawdą, że pokazywałem legitymację prasową w opisywanym przez GW incydencie. Nie było to możliwe, bowiem w ogóle nie posiadam legitymacji prasowej. Po drugie, wbrew temu co pisała GW zdarzenie nie miało miejsca w godzinach pracy" – pisze.

Trwa ładowanie wpisu

Reklama

Dodaje, że całe zajście miało miejsce po godzinach pracy. Kłamstwem jest również to, że nie chciał opuścić składu pociągu. "W artykule zasugerowano, iż nie byłem w stanie utrzymać telefonu, pomijając jednak fakt, iż telefon wypadł mi po ciosie jaki zadał mi kierownik pociągu, uszkadzając w ten sposób aparat. Po opuszczeniu pociągu zażądałem odprowadzenia mnie na komisariat policji celem otrzymania protokołu zatrzymania, czego nie uczyniono. Odprowadzono mnie za to na posterunek SOK" – przedstawia swoją wersję wydarzeń.

Dodaje, że dziennikarz Gazety Wyborczej, będący autorem wspomnianego artykułu nie chciał obiektywnie przedstawić jego stanowiska, pytając go o komentarz do sprawy na kilka minut przed publikacją gotowego już materiału. "Silny nacisk w artykule przyłożono na chęć udowodnienia, iż doszło do naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariuszy policji, co jest wierutnym kłamstwem. Planuję podjęcie kroków prawnych przeciwko autorowi tekstu jak również wydawcy" – zapowiada.

Trwa ładowanie wpisu