Może mu w tym bardzo pomóc Jarosław Kaczyński. Nie wiadomo tylko, czy Kwaśniewskiemu pomoże sam Aleksander Kwaśniewski.
Ostatniej niedzieli można było odnieść wrażenie, że sytuacja polityczna wygląda zupełnie inaczej niż wynikałoby to z sondaży. Ktoś słuchający obecnego premiera i byłego prezydenta
miał prawo pomyśleć, że o władzę biją się PiS i LiD, a dalekie, trzecie miejsce zajmuje Platforma. Jest tak, bo przynajmniej na tym etapie kampanii cel Jarosława Kaczyńskiego i Aleksandra
Kwaśniewskiego jest dokładnie taki sam - przekonać wyborców, że prawdziwą alternatywą dla PiS jest właśnie LiD. A w zasadzie jest to ten sam środek do celu, bo celem dla obu polityków jest
osłabienie PO.
Kwaśniewski dostał więc od Kaczyńskiego prezent, nie wiadomo tylko, czy będzie miał dość determinacji i siły, by z niego zrobić użytek. Wymagałoby to bowiem od niego dwóch rzeczy - po
pierwsze przejścia z fazy "wszystkiemu winne jest PiS" do fazy "problemem jest PiS, a może nim być PO". Może to, owszem, skomplikować ewentualne powyborcze
starania o powołanie rządu PO - LiD, ale nie powinno sukcesu tych starań z góry unicestwić. W końcu przed poprzednimi wyborami mieliśmy PO-PiS-ową sielankę i wiadomo, jaki był jej
finał.
Zapyta ktoś, czy jednoczesna krytyka przez LiD i PiS i PO nie będzie niwelowaniem efektu przyjętego przez Jarosława Kaczyńskiego kursu na ignorowanie Platformy i uczynienie głównego wroga z
LiD. Znowu, niekoniecznie, jeśli tylko w krytyce obu prawicowych partii Kwaśniewskiemu i innym politykom LiD udałoby się znaleźć odpowiednie proporcje. Odpowiednie, to znaczy w okolicy 75 proc.
krytyki skierowanej w stronę PiS i 25 proc. w stronę PO.
Za 40 dni dla milionów Polaków głównym motywem towarzyszącym podejmowaniu decyzji o tym, na kogo głosować będzie to, które ugrupowanie będzie najlepszym anty-PiS-em. Dla byłego prezydenta
oznaczałoby to konieczność przelicytowania Platformy w krytykowaniu obecnej ekipy, ale i przekonywanie wyborców, że PO to raczej soft-PiS niż anty-PiS. Być może nie byłoby to do końca
zgodne z temperamentem Kwaśniewskiego, ale też on sam musi zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście ma ochotę do końca wejść w kampanię wyborczą, a więc szczególnie w jej polskim wydaniu, w
bijatykę.
Pytanie o temperament i "ringową" gotowość byłego prezydenta jest tu kluczowe. O ile na konwencji LiD występował on jak fighter, o tyle następnego ranka w Radiu TOK FM sprawiał wrażenie, że źle znosi zadawane mu ciosy. Fakt, gdy młokos z PiS sugeruje, że byłemu prezydentowi powinno się ogolić głowę, ten - szczególnie iż wie, jak bardzo takie zagranie odbiega od elementarnych standardów normalnej polityki - może mieć poczucie niesmaku i obrzydzenia. Ale też ktoś, kto ma zbyt wyrafinowane poczucie smaku do polskiej polityki w ogóle nie powinien wchodzić. Aleksander Kwaśniewski nie powinien się więc martwić brutalnymi ciosami, lecz - jeśli w istocie chce na tym ringu powalczyć - oddać, jeszcze mocniej.
Musi więc jeszcze raz odpowiedzieć sobie na proste pytanie. Czy chce być w polskiej polityce naprawdę - czy też na pół gwizdka. W tym drugim wariancie będzie go za mało, by jego obecność coś zmieniła, ale wystarczająco dużo, by to właśnie jego obciążono odpowiedzialnością za ewentualną porażkę.
Jeśli Kwaśniewski chce naprawdę LiD pomóc, powinien powiedzieć, że jego obecność jest dla LiD wielkim atutem, a jak wielkim - to przekonają się wszyscy 21 października o godz. 20. Obietnica na wyrost? Jak niemal wszystkie przedwyborcze obietnice. Choć bardziej wysyłanie wyborcom sygnału, że mają do czynienia z twardzielem, który nie zejdzie z ringu po pierwszym knockdownie.