Inne
Reklama

Media uległy manierze opisywania Naszej Klasy nieomal jako narodowego kataklizmu. Dowiadujemy się, że to okazja do zamieszczania kompromitujących fotek dawnych znajomych, podszywania się pod Aleksandra Kwaśniewskiego, ba, do niebacznego ujawniania danych, które na naszą zgubę wykorzystają przestępcy. Tymczasem jeśli tak jest, zarzut dotyczy całego internetu. Nasza Klasa ma tylko to nieszczęście, że stała się bardziej popularna od innych stron.

Spójrzmy na ten portal inaczej. Jako bywalec forów i blogów politycznych mam pokusę odczytywania internetu jako wielkiego ścieku. Inwektywy, jakimi ludzie pochowani bezpiecznie za nickami obrzucają innych, mogą przyprawić o zgrozę stałego bywalca domu publicznego. Na tym tle Nasza Klasa jawi się niewinnie - jako szkoła niezobowiązującej konwersacji, czasem sztubackiego żartu, zabawnego w ustach czterdziestolatków. Może dlatego, że wchodząc tam, trzeba się jednak wyzbyć anonimowości (można się podszyć, ale nie ma to na dłuższą metę sensu), a może dlatego, że do Naszej Klasy zajrzeli przede wszystkim ludzie powodowani pozytywnymi emocjami wobec własnych szkolnych lat - dość, że słów niemiłych pada tam niewiele. Choć to często pierwsza okazja do poużywania sobie na niecierpianych nauczycielach i nielubianych kolegach.

Pożółkła fotografia

Spotkania, jakie odbywają się na Naszej Klasie, kojarzą mi się z pożółkłą fotografią, na której postaci zaczęły się nagle poruszać, odwzorowując stosunki, hierarchie, sympatie i animozje sprzed lat. Ale to też miejsce wielkich poszukiwań, które rzeczywiście można porównać z archeologicznymi wykopkami.

Szukają się koledzy ze szkoły, ale i z drużyn harcerskich, przy okazji spotykają się też inni, którzy się dawno, a czasem nigdy nie widzieli (sam odnalazłem na tym portalu kuzynkę z takiej gałęzi mojej rodziny, z którą już moi rodzice stracili kontakt przed laty). Kolekcjonowanie łańcuszków znajomych ma w sobie coś infantylnego. A przecież to często okazja do pierwszego od lat bezinteresownego kontaktu. To prawda, na Naszej Klasie ludzie czasem przechwalają się przed sobą, coś udają. Ale dostali bezcenną okazję odwrócenia się za siebie. Nawet jeśli twórcy portalu chcieli tylko zarobić, utrafili w ludzką potrzebę. Za parę tygodni te emocje opadną, już opadają, niektóre fora zamierają po pierwszym klasowym spotkaniu. Ale może potrzeba będzie pielęgnowana, nie tylko przy komputerach.

Po "ideologicznym” wstępie opowiem, czego dokopałem się ja sam w następstwie swojej krótkiej, ale przez kilka dni wręcz narkotycznej fascynacji tym zjawiskiem.

Moje liceum - 47. imienia Stanisława Wyspiańskiego na warszawskiej Pradze-Południe - jest na portalu jak inne szkoły podzielone na klasy. Znalazłem swoją - biologiczno-chemiczną "d” z lat 1978 - 1982. Jest taka, jak wtedy. Zapisało się ledwie sześć osób, które nawet po umieszczeniu własnych nazwisk nie mają wielkiej ochoty na kontakt. Głównie więc sobie milczymy.

Ale liceum w swoim czasie dobre i z, co prawda tylko powojennymi, ale ugruntowanymi tradycjami, ma też forum ogólnoszkolne. A tam gromadka pasjonatów z najróżniejszych roczników debatuje. Najczęściej o swoich nauczycielach.

Nasi tyrani

Jeszcze dziś kilka nazwisk wywołuje ogromne emocje i tu czasem padają słowa - nie ordynarne - ale jednak mocne. Pewien matematyk, który przyszedł do Wyspiana po moim odejściu, stał się przedmiotem kłótni z głośnymi, choć to tylko internet, obrazami i wzajemnym zarzucaniem sobie kłamstwa. Komuś obrzydził przedmiot, zmusił do odejścia do innej szkoły. Ktoś inny (obie grupy są spore) wspomina go jako wspaniałego, choć wymagającego pedagoga.

To autentyczne emocje, a konkluzja, że nie ma jednej prawdy o człowieku, brzmi banalnie. Bez wątpienia też ulubionymi tematami tych kolejnych debat stają się nauczyciele wyraziści - surowi, czasem bezwzględni. Trochę w tym wspominaniu własnych tyranów masochizmu, trochę pociągu do przygody, która post factum wydaje się miła do wspominania. Ale nie da się ukryć - ci tyrani jawią się jako postaci szczególnie charyzmatyczne.

Trafiłem tam na najdłuższą ze wszystkich debatę o mojej nauczycielce matematyki Annie Jałochowej. Ona i jej mąż Bogdan Jałocha byli archetypami bezwzględnych belfrów. Uczyli w Wyspiańskim od lat 50. do 90. Istne postrachy kolejnych roczników. Jej męża widziałem tylko z oddali, ale pani Jałochowa, groźnie łypiąca, w wysokich butach, o energicznych męskich ruchach, popalająca w klasie - wbrew regułom bhp - fundowała nam krwawe łaźnie. Dwugodzinne klasówki, pisanie na ocenę teorii połączone z losowaniem numerków (każdy uczeń miał swój). Mówiła na nas „skubańcy”, a kiedy powiodła wzrokiem po sali, milkli najodważniejsi.

Czy to były dobre metody? Nie wiem. Pani Jałochowa zachowywała się tak, jakby jej przedmiot był jedyny. Trochę ją usprawiedliwiał fakt, że wszyscy zdawali wówczas maturę z matematyki. Trochę klimat szkoły, bezwzględnie eliminującej najsłabsze jednostki - w mojej klasie zaczynało 37 osób, skończyło - 21. Ale zapewne i tak przesadzała. A jednak na forum doczekała się ocen przeważnie pozytywnych.

Czy dlatego, że zgłosili się tam sami matematycy? Też, ale nie tylko, czego dowodem niżej podpisany. Bo nasza pani od matematyki była osobą złożoną. Podejrzewaliśmy ją trochę o aktorstwo. Dziś powiedzielibyśmy, że to kopcenie w klasie, powiedzonka i groźne miny były elementem jej PR. Bo to właśnie buduje pozycję nauczyciela - nie tylko podczas lekcji, ale i po latach, w takich właśnie wspominkach.

Reklama

Ale co ważniejsze, mieliśmy - no nie wszyscy jednakowo, ale ja miałem, a byłem z matematyki nogą - poczucie, że jest do nas przywiązana. Jakoś tam sprawiedliwa, jakoś tam lojalna. W czwartej klasie wyznała mojej mamie, że z drżeniem serca brała do ręki moją pisemną maturę. Na szczęście napisałem dobrze, i to bez ściągania. Gdybym nie napisał, już ręka by jej nie zadrżała, żeby wpisać dwóję. Ale bała się o mnie.

I jeszcze jedno - wielokrotnie miałem wrażenie, że pani Jałochowa szykuje się, aby coś nam (mnie?) poza matematyką jeszcze powiedzieć. Aby przełamać dystans. Dawała znać - charakterystycznym uśmieszkiem, aluzjami - że chętnie by pogadała o naszych sprawach, które jako osoba spostrzegawcza znała lepiej niż przypuszczaliśmy, co czasem powtarzali nam rodzice. Nigdy do tego nie doszło.

Trochę na drodze stanęła polityka. Pani Jałochowa była przekonanym członkiem PZPR, ja zbuntowany przeciw ustrojowi. Maturę robiłem w stanie wojennym, marzyłem, żeby uciec na solidarnościowy uniwersytet, gdzie miałem już starszych kolegów. Ale to nie powód zasadniczy. Po prostu nasi nauczyciele byli daleko. Dystans, fakt, że do pokoju nauczycielskiego wchodziło się nabożnie, na palcach, pozwalał im panować nad nami, ale utrudniał nawiązanie kontaktu. Może przesadzam. Może to tylko moja klasa czy ja byliśmy za bardzo nieśmiali. Ale coś w tym było. Moja szkoła była w dobrym i złym znaczeniu tradycyjna. Nawet mój historyk, profesor Tadeusz Żytkiewicz, gdy przygotował mnie bezbłędnie do olimpiady, za co zawsze będę mu wdzięczny, przyjmując mnie w swoim mieszkaniu, rozmawiał wyłącznie na tematy naukowe. Był skądinąd także, bardzo światłym, ale jednak PZPR-owcem.

Dobrze to czy źle? Po prostu tak było. Kilka lat po ukończeniu liceum, którego nie odwiedziłem ani razu, trochę pochłonięty innymi sprawami, a trochę dalej onieśmielony, zobaczyłem państwa Jałochów na ulicy. Nie miałem odwagi podejść.

Na forum Wyspiana przeczytałem post ich córki. Dowiedziałem się dzięki Naszej Klasie, że pani Jałochowa jest od 15 lat sparaliżowana. Ale wszystko rozumie, zachowuje kontakt ze światem. Gdy córka czytała jej na głos wpisy, w tej liczbie mój, nasza pani profesor była podobno - niech mi wybaczy, że to ujawniam - wzruszona do łez. A zawsze potrafiła zachować twarz postaci z kamienia, nawet jeśli my przecież wiedzieliśmy, że taka nie była.

Moje błędy

W kilka lat później sam przez cztery lata uczyłem w sąsiednim liceum - Marii Curie-Skłodowskiej na Gocławku. Fora tamtejszych klas, które wtedy poznałem, nawiedzam równie często. Rozpoznaję znajomych, zresztą z niektórymi zachowałem kontakty sprzed kilkunastu lat bez internetu.

Czy ucząc, naśladowałem panią Jałochową i jej kolegów, tych - ma się rozumieć - którzy mi imponowali? To była inna szkoła. Otwarta na uczniów mniej zdolnych lub nienastawionych na ślęczenie po nocach, bardziej przyzwalająca i ciepła. Na dokładkę poznałem ją w dziejowym przeciągu końca PRL i początków III RP. Był to, ujmując skrótowo, czas, gdy uczniowie przestali się bać nauczycieli, ale nauczyciele jeszcze nie zaczęli się bać uczniów. Złoty okres dla ludzi lubiących uczyć, choć z natury rzeczy prowizoryczny.

I ja byłem inny niż moi nauczyciele. Tylko parę lat starszy od uczniów, uwikłany w nieustający dylemat - z jednej strony chęci okazywania sympatii, uczestniczenia w ich sprawach, a z drugiej bezwzględnego egzekwowania obowiązków, wychowywania, więc narzucania, bo bez tego nie ma szkoły. Obdarzony dużą samodzielnością przez wyrozumiałą, choć też jeszcze PZPR-owską dyrektorkę Annę Jarotę, często popełniałem błędy na wszystkich możliwych płaszczyznach. Może największym było to, że rzuciłem to po tak krótkim czasie. Ale czym dłużej się w tym siedzi, tym kontrakt staje się bardziej zobowiązujący, dożywotni. Może to była największa nauka, jaką wyniosłem od państwa Jałochów.

Miałem rozmaite doświadczenia. Kiedyś poszedłem uczyć po kimś klasę maturalną, która miała złą opinię. Nabuzowany zacząłem na wstępie mnożyć zakazy i nakazy, aż pojąłem, że się powtarzam. I wówczas jeden z uczniów powiedział: no dobrze, już zrozumieliśmy, może pan nas zacznie teraz uczyć. Jak się okazało, była to jedna z najfajniejszych moich klas, a ów uczeń, Sergiusz Zembrzuski, dziś dyrektor kreatywny agencji reklamowej, jest ze mną zaprzyjaźniony do teraz. Morał jak z dydaktycznego filmu, a przecież autentyczny.

Ale też w pierwszym roku swojej pracy nastawiałem w innej maturalnej klasie, humanistycznej, za wiele czwórek, bardziej za chęci niż wiedzę. Na maturze, gdy przyszło zdawać z czterech lat, dobre stopnie zmieniły się na gorsze. I wtedy moi kochani uczniowie mieli do mnie pretensje. Zasługiwali od początku niekoniecznie na dobre oceny, na pewno na sprawiedliwe.

To na przecięciu między tymi prawidłowościami - zdrowego liberalizmu, a tak naprawdę zwykłej sympatii i zdrowej twardości i konsekwencji - działa każdy dobry nauczyciel. Żadna ideologia tego nie zakłóci. Tylko proporcje, formy się zmieniają. Inne za czasów niezłomnej pani Jałochowej, inne - dzisiaj.

Szkoła dodała mi w życiu sporo przyjaciół i znajomych, Nasza Klasa pozwoliła niektórych odzyskać. Strasznie żałuję, że nie poszedłem na spotkanie klasy, której przed 17 laty byłem wychowawcą. Ale mam nadzieję, że się niedługo spotkamy.

A czy jeszcze kiedyś zobaczę panią Jałochową? Mam poczucie, że powinienem.