Elitarnych wyznawców "rodziny na swoim", dzięki posadom w politycznym biznesie, w spółkach skarbu państwa stać na posyłanie dzieci do prywatnych przedszkoli albo na zatrzymanie w domu żon, które z piekielnych nudów urządzą sobie domowe przedszkole. Jak długo im się to uda i z jakimi konsekwencjami dla ich własnych dzieci? Do tego jeszcze prezydencki minister Ryszard Legutko, wzorem imitowanych przez siebie, równie zdziwaczałych amerykańskich późnych neokonów, wychwala uroki home schoolingu.
>>> Zaremba: Nie eksperymentujmy na dzieciach
Ale to by była ich sprawa. Ich i ich dzieci, które stają się zakładnikami ideologicznej mizantropii własnych rodziców.
Miliony polskich dzieci mają gorszy start, bo są zaniedbane, bo ich rodzice są biedni, albo jeszcze gorzej: nie interesują się nimi, nie potrafią im zapewnić podstawowego choćby „domowego wychowania”.
Ale wrażliwy społecznie prezydent uznał, że rozwiązanie tego problemu nie jest w Polsce priorytetem. Stwierdził, że wyrównanie polskim dzieciom równości szans życiowego startu może jeszcze poczekać. W swoim niepodrabialnym "prorodzinnym" języku opowiedział przy okazji historyjkę o własnej wnuczce, za którą czuje się odpowiedzialny wetując ustawę.
>>> Król: Prezydent zaszkodził wnuczce
Na jej francuską nianię zrzuci się minister Kownacki, ze swojej ORLEN-owskiej odprawy. Ryszard Legutko ukołysze ją do snu opowieścią o idealnym państwie. A o społeczną wrażliwość jej dziadka, pana prezydenta, zatroszczy się Ryszard Bugaj. Tocząc wojnę z euro.