Całego siebie oddać chciał rodakom do tego stopnia, że jego firma kursy dla stoczniowców robiła za marne kilkadziesiąt milionów złotych właściwie bez zysku, po kosztach, nie dla korzyści własnej, ot, z dobrego serca, a szkolonym suwnicowym Misiak osobiście ciepłą herbatę w termosach prosto z Wrocławia wiózł.
A że "kilku ludzi dobrze nas zna"? I cóż w tym złego? Ale takiż już w Polsce los społeczników.
Ale zostawmy żarty. Senator Misiak przed zarzutami korupcji broni się argumentem starym jak świat, że ciężkie jest życie przedsiębiorcy w parlamencie. Wszak rolnicy też głosują nad ustawami dla rolników, a nauczyciele stanowią prawo dla nauczycieli, a nikt się ich nie czepia.
To prawda, tylko że pan nie głosował nad jakimiś ogólnymi przepisami dla biznesu. Pan, szef senackiej komisji, pisał jednorazową specustawę, a w tym czasie firma, której jest pan współwłaścicielem i szefem rady nadzorczej (a którą teraz, dla przejrzystości, gotów jest pan odsprzedać), już interesowała się szkoleniami dla stoczniowców z upadających zakładów. Przypomina to historię niejakiego pana Gawronika, później również senatora, który otworzył sieć kantorów na granicy dokładnie o północy w dniu, kiedy odpowiednia ustawa zaczęła obowiązywać.
Ale i tak śmiem twierdzić, że w przypadku Misiaka - senatora i Misiaka - biznesmena nie ma żadnego konfliktu interesów. Jest wręcz ich daleko posunięta zbieżność.