Do końca nie mam pewności. Wszystko jednak wskazuje na to, że była to prowokacja. A tygodnik "Nie" również padł jej ofiarą, bo posłużono się
nim jako narzędziem.
W poniedziałkowej "Rzeczpospolitej" pan Andrzej Rozenek, wicenaczelny "Nie", mówi, że wszystkie ślady prowadzą w stronę Anny Stokłosy. Miał to być rodzaj
zemsty, bo ja jako prokurator generalny nie interweniowałem w sprawie pana Stokłosy. Ważne jest to, że "Nie" napisało, iż nie zrezygnuje z ukarania oszusta i w dalszym ciągu
będzie prowadziło działania, żeby oszust poniósł zasłużoną karę.
Nie. To ja zawarłem z tygodnikiem "Nie" ugodę. I ta ugoda przewidywała ogłoszenie na całą kolumnę. Dlaczego? Bo ukazały się dwa obrzydliwe teksty na pierwszej stronie
"Nie", które nie zawierały ani jednego prawdziwego zdania. Na szczęście dziennikarze z innych środków masowego przekazu od razu zorientowali się, że jest to prowokacja.
Zadzwonili do mnie i po moich wyjaśnieniach nie podejmowali tematu. Temat został podjęty tylko przez dwie osoby - przez posła Mularczyka z PiS w programie Tomasza Lisa i redaktora Rafała
Ziemkiewicza w "Antysalonie Ziemkiewicza".
Do tej ugody nie doszło błyskawicznie. Zanim byli skłonni zawrzeć ugodę, Jerzy Urban przeprowadził wewnętrzne śledztwo. I dopiero po tym, jak już nabrał przekonania, że to był fałszywy
materiał, zgodził się na ugodę. Negocjował ją jego adwokat. W najnowszym "Nie" redaktor Jerzy Urban wyjaśnia, jak doszło do prowokacji. Przed oficjalnymi przeprosinami w
gazetach, a także w tygodniku "Nie" ukazał się jego duży tekst zatytułowany "Oszustwo", gdzie szczegółowo wyjaśnia, jak do tego doszło.
Urban to wszystko wyjaśnia. Pozornie te informacje mogły wydawać się wiarygodne. Dlaczego? Autor tekstu współpracował z tygodnikiem "Nie" od ośmiu lat i w tym czasie nigdy
nie zdarzyło się, aby w jego tekstach pojawiły się najdrobniejsze przekłamania. Ten dziennikarz, podpisujący się pseudonimem Marek Paprykarz, był ponadto swego czasu radnym w powiecie
pilskim. Jako anegdotę powiem panu, że tenże Marek Paprykarz przysyłał nawet do redakcji SMS-y, informując, że stoi koło mnie i że właśnie stuknął się ze mną kieliszkiem itd. To
dziennikarz związany z gazetą "Tygodnik Nowy", pismem należącym do państwa Stokłosów.
Ja nazwałbym to inaczej. Istota sprowadza się jednak do tego, że teksty trzeba sprawdzać przed publikacją. Tymczasem do mnie nikt nie zadzwonił ani do rzecznika prasowego Ministerstwa
Sprawiedliwości. Dziecinnie łatwo można było sprawdzić, gdzie w tamtym czasie byłem i co robiłem.
Żadne.
Nie, no oczywiście byłem. Byłem jego obrońcą w czasie, kiedy się ukrywał. Byłem jednym z trzech obrońców, bo tylu w pewnej chwili występowało w sprawie. Natomiast nigdy nie miałem
dostępu do materiałów postępowania przygotowawczego. A przecież nie mniej ważne są względy etyczne, które również nie pozwalają prokuratorowi generalnemu na dotykanie spraw, którymi
kiedyś zajmował się jako adwokat.
Tak. Przyszedł z adwokatem i osobiście podpisywał ugodę. Spotkaliśmy się w Warszawie. Oczywiście wcześniej moja pani adwokat wysłała list adwokacki i zagroziła procesem.
Tak. Wystąpiłem z listem adwokackim, jak tylko dowiedziałem się od dziennikarzy o tekstach. Uważam, że to precedens i rzecz pouczająca. Mam nadzieję, że sądy wyciągną z tego wnioski, ale
też wydawcy. Jeśli dochodzi do oszczerstw, pomówień, to przeprosiny powinny być jednoznaczne. I nie na dziesiątej stronie małym drukiem, ale tak jak wiadomość dotarła do opinii publicznej,
tak przeprosiny też muszą dotrzeć do szerokich kręgów społeczeństwa.
Może tak uważać, nie znam szczegółów. Komuś jednak zależało, żeby uderzyć we mnie, i to tuż po odejściu ze stanowiska ministra.
Bzdury. Tak może twierdzić tylko ktoś, kto nie ma pojęcia o procedurze karnej. Wyobraża sobie pan, że kazałbym umorzyć to postępowanie albo przekazać sprawę do innej prokuratury?
Następnego dnia pan w "Dzienniku" na pierwszej stronie by o tym napisał.
Nie. Na razie nie podjąłem decyzji i wcale to nie znaczy, że podejmę decyzję pozytywną. Dzisiaj się nie uważam za kandydata na europosła. Warto poczekać na moje ostateczne stanowisko.
W tym tygodniu.
Gdyby tak było, to na pewno. Dlatego że prezentujemy dwa różne style sprawowania urzędu, różne słownictwa, którymi się posługujemy.
Nie. Prokuratura nie ma z tym nic wspólnego. Praca w europarlamencie to nie jest zajmowanie się prokuraturą, tylko sprawami dotyczącymi stanowienia prawa na poziomie unijnym, międzynarodowym. Nie można przenosić sposobu patrzenia krajowego na forum międzynarodowe. Byłem egzotyczną postacią, jeśli chodzi o ministra sprawiedliwości, bo nie ma w Unii Europejskiej ministra sprawiedliwości prokuratora generalnego, czyli połączenia dwóch stanowisk, na których dochodzi do konfliktu interesów.
Tak. Dziennikarze pisali o tym wcześniej, niż otrzymałem taką propozycję.
Proszę przytoczyć te moje słowa, które to były ostrymi wycieczkami pod adresem pana Ziobry? Ja sobie takich nie przypominam.
Postępowania karne nadal się toczą. Jest komisja śledcza powołana przez Sejm. Nie jest prawdą, że to akurat ja wszczynałem czy kazałem wszczynać śledztwa przeciwko Ziobrze.
To się jemu przypisuje całe zło, które się z tym wiąże.
Zgoda.
No tak.
Zgadzam się. A co do Ziobry, śledztwa dotyczące nieprawidłowości za rządów PiS nadal się toczą. Proszę zwrócić uwagę choćby na ostatnie wypowiedzi obrońcy śląskiej
"Alexis", który mówił, jak na niego naciskano.
Zgadzam się z panem całkowicie.
Mam neutralny stosunek do pana Pawlaka.
Jeśli jest to prawdą, to nie pochwalam takiego postępowania. Uważam, że jest konflikt interesów. Natomiast jestem bardzo ostrożny w ferowaniu wyroków, bo wielokrotnie miałem okazję
słyszeć tezy jako pewne, a po latach kończyło się to niczym. Jeżeli jest to prawdą, to uważam, że jest to nieetyczne.
Nie mnie oceniać. Wiem, że sprawę ma zbadać pani Julia Pitera i przedstawić odpowiedni raport. Każdy musi podejmować decyzje w ramach swoich kompetencji i w zakresie tego, co uważa za etyczne
lub nie.
Zacząłbym od szczegółowych wyjaśnień. Jeżeli uznałbym, że jest konflikt interesów, to poprosiłbym go o podanie się do dymisji.