Z dramaturgicznego punktu widzenia przypomina to anegdotę o przewodniczącym Towarzystwa Czystości Obyczajowej, który został przyłapany w burdelu lub o rzeczniku Inicjatywy
Sprawiedliwości Podatkowej, który, jak się nagle okazało, unikał płacenia podatków, przelewając swoje pieniądze na konto w Szwajcarii. Günter Grass to
również porte parole sędziego pokoju Adama z komedii Heinricha von Kleista „Rozbity dzban”, poszukującego sprawcy przestępstwa, które sam
popełnił.
Niezwykłe zainteresowanie, jakie budzi sprawa Güntera Grassa wśród niemieckiej opinii publicznej, wcale nie dotyczy tylko faktu historycznego. Nie jest też ono w pierwszym
rzędzie skierowane na pisarza, lecz na człowieka, na Güntera Grassa jako na postać publiczną, która jak nikt inny tak głośno, z taką pewnością siebie, grubiańsko,
nietolerancyjnie i tak jednostronnie głosiła wszem i wobec swoje orędzie o czystości moralnej.
Przypadek sam w sobie – siedemnastolatek wcielony pod koniec wojny do „Waffen SS” – jest od dawna, z perspektywy sześćdziesięciu lat, jedynie przypisem w
księdze historycznych okrucieństw, jedną z wielu tysięcy okropnych dziecięcych opowieści, które pisała II wojna światowa. Tego wiele osób nie chce zrozumieć. Także
dlatego, iż wymaga to znajomości kilku faktów historycznych, np. różnicy między oddziałami „SS” i „Waffen SS”. Z pewnością nie
powiedziano także ostatniego słowa o wydarzeniach, jakie miały miejsce w ostatnich dniach II wojny światowej.
Kiedyś będzie wiadomo, w jakiej jednostce walczył Günter Grass na terenie Łużyc, będzie wiadomo, kim byli jego oficerowie, i będzie wiadomo, czy doszło, czy też nie doszło przy tym
do egzekucji jeńców. Być może dzięki tej wiedzy zmieni się zakres winy, jaką trzeba będzie mu przypisać. Jednakże nie zmieni to w większym stopniu struktury sporu,
który prowadzony jest wokół Güntera Grassa wśród niemieckiej opinii publicznej.
W centrum uwagi znalazł się mianowicie sędzia, który bezlitośnie ściga każde wykroczenie przeciwko prawu, ale w swoim własnym przypadku zna tylko okoliczności łagodzące
– i to w najbardziej wrażliwym punkcie niemieckiej historii. To stanowi materię tego skandalu, który obecnie zajmuje Niemców.
W czasie swojego długiego pisarskiego życia Günter Grass stworzył nie więcej jak kilkanaście utworów beletrystycznych. Ostatnie z nich, jak „Wróżby
kumaka” z roku 1992, „Rozległe pole” z roku 1995 i „Idąc rakiem” z roku 1995 zostały szorstko przyjęte przez krytykę, a czytelnicy potraktowali
je w najlepszym wypadku letnio, z umiarkowanym zainteresowaniem. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, przed przyznaniem Nagrody Nobla, Günter Grass był na najlepszej drodze do zostania
żywą skamienieliną. Te czasy już minęły i to nie dlatego, że Günter Grass napisał potem lepsze książki. Nie, za sprawą tego autora literatura przekształciła się w polityczny
symbol całego okresu historycznego: przyszłości Niemiec odradzających się z wojny i zniszczeń, lepszej Republiki Federalnej, woli artykułowania własnej opinii, oporu przeciwko amerykańskiemu
imperium i potędze Zachodu.
Sam pisarz znacznie przyczynił się do tej metamorfozy. Co prawda pisał o różnych okresach, minionych i przyszłych, o niemieckim baroku i odległej przyszłości, w której
szczury krążą wokół ziemi w statkach kosmicznych. Ale w głębi rzeczy jego dzieło krąży wokół krótkiego okresu, wokół kilku miesięcy między
załamaniem się frontu wschodniego, upadkiem Trzeciej Rzeszy i zmartwychwstaniem niemieckiego społeczeństwa. Dokładniej rzecz biorąc: odnowieniem Niemiec jako demokratycznego państwa, jako
Republiki Federalnej Niemiec.
Wokół tego centrum krąży cała jego twórczość, podejmowana ciągle na nowo jako próba długiego, zbyt długiego, samousprawiedliwienia. Jej jądrem jest nadal
„Blaszany bębenek” z roku 1959. Wokół tej powieści krążą obydwie pozostałe, powstałe we wczesnych latach sześćdziesiątych mniejsze powieści Trylogii
Gdańskiej: „Kot i mysz” oraz „Psie lata”. „Idąc rakiem”, nowela opowiadająca o zatonięciu statku „Gustloff” z
niemieckimi uciekinierami na pokładzie, była późną próbą nadania nowej siły staremu, przygasającemu płomieniowi. W „Przy obieraniu cebuli”, pierwszym
tomie jego autobiografii, Günter Grass stara się go rozdmuchać z całej siły – i o dziwo, przyznanie się do tego, że jako młody mężczyzna należał do Waffen SS roznieca
raz jeszcze żar w popiele.
Ale cóż tam żarzy? Nie literatura, nie książka, której w momencie ujawnienia tajemnicy jeszcze nie było, lecz historia tamtego czasu. Żarzy się stary Gdańsk,
Hitlerjugend, polska poczta, żydowski komiwojażer, który nagle zniknął, załamanie się frontu wschodniego, sowieccy maruderzy, przewodniczący Hitlerjugend. Oczywiście są to figury
i wątki, które występują także w innych książkach. Ale nie dlatego pojawiają się zawsze wtedy, gdy tylko zjawia się Günter Grass. Tłoczą się one ciągle w jego
otoczeniu, ponieważ historia zaślepienia, upadku i powstania niemieckiego państwa była wielką wizją odkupienia Niemiec Zachodnich; nadzieją na to, że można przezwyciężyć przeszłość,
zostawić ją za sobą, jeżeli tylko będzie się wystarczająco dużo wiedzieć na jej temat, jeżeli wszystko będzie zbadane, nazwane i wypowiedziane.
Nie ma już żadnej innej dziedziny nauki, która opiera się w takim stopniu na wierze w fakty, w oczyszczające działanie dat, jak współczesna niemiecka historia. Tej wierze
służył Günter Grass w swoich historiach, najpierw przy pomocy środków literackich, ostatnio prawie wyłączanie jako postać publiczna, i za sprawą tej wiary stał się on,
piszący plebejusz ze Wschodu, reprezentatywną postacią Republiki Federalnej Niemiec.
Kiedy w minionym tygodniu znany dziennikarz telewizyjny Ulrich Wickert zapytał pisarza, dlaczego tak późno wyjawił prawdę, Günter Grass nie miał na to żadnej odpowiedzi. Nie
ma jej i nie chce jej wiedzieć, bo gdyby się poważnie zastanowił nad sobą samym, to dowiedziałby się, że zawdzięcza swoją pozycję w niemieckiej opinii publicznej nie tylko swoim
książkom, lecz także, a nawet przede wszystkim, potrzebie posiadania przez Niemców reprezentacyjnej postaci, zmagającej się z ich historią współczesną.
Historia jednak, na przekór wszystkim pozorom, nie daje odpowiedzi na pytania dotyczące moralności. Jest ona poniekąd zajęciem religijnym, obrzędem naukowym, na końcu
którego nie stoi poznanie, lecz co najwyżej jeszcze więcej historii. Dlatego też to nie Jean-Paul Sartre i rewolucja, ale Albert Camus i jego mit Syzyfa były dla Güntera
Grassa najważniejszymi postaciami artystycznymi.
Wola wywołania skandalu, z jaką Günter Grass wystąpił tym razem wobec opinii publicznej, rodzi się z kategorycznej chęci powrotu do tej wiary w moc historii oraz na elemencie triumfu,
jaki zawarty był w tym wyznaniu, na jawnej gotowości uczynienia z siebie w ostatnim, niebywałym akcie twórczym – „winnej ofiary”.
Kryje się za tym pewne rozpoznanie: minęło dopiero dwa miesiące od tego, gdy radosny patriotyzm, który towarzyszył mistrzostwom świata w piłce nożnej, świętowany był jako
narodowe wyjście z cienia przeszłości. Günter Grass należał w tych dniach do owych niemieckich intelektualistów, którzy najgoręcej witali takiego rodzaju
pożegnanie z historią, prawdopodobnie wiedząc, iż w ten sposób wita się z pożegnaniem samego siebie. Teraz historia atakuje raz jeszcze, według logiki licytacji, która
zdradza przede wszystkim, iż toczy się tutaj ostatni bój, a człowiek walczy o swój image, które już prawie do niego nie należy.
Wydaje się, iż sam Grass nie przeczuwa, jak późno nadeszła dlań ta chwila. Gdy w liście do Pawła Adamowicza, burmistrza Gdańska, pisze on, iż wspomnienie o epizodzie z Waffen SS
„zachował dla siebie, ale nie wymazał go z pamięci”, to objawia się w nim ten sam upór, który w klasycznej komedii charakterów czyni z
upadłego moralizatora postać absurdalną.
Egon Bahr, onegdaj najważniejszy doradca Willego Brandta w kwestiach polityki wschodnioeuropejskiej, wyraził w niemieckiej telewizji opinię, iż debata wokół Güntera Grassa ma
także swoje dobre strony, ponieważ laureat Nagrody Nobla będzie musiał się powściągać w swoich politycznych wypowiedziach. Rzeczywiście, Günter Grass nie będzie posiadał od tej
pory w kwestiach moralności politycznej takiego znaczenia, jakiego domagał się dla siebie przed ukazaniem jego autobiografii. Cokolwiek jeszcze powie, będzie traktowane w oczach opinii publicznej
jako skażone. Ale być może nie w jego oczach. I to byłoby źle.