Mój ulubiony publicysta Jacek Żakowski przedstawił ostatnio w „DZIENNIKU” taki oto koncept: Jarosław Kaczyński dotarł właśnie do krawędzi. Albo udowodni, że Polską rządzi spisek spisków, pokaże mechanizm wielkiego sprzysiężenia - wszak ma już klucze, czyli dostęp do wszystkich tajnych danych. Albo przyzna, że mamy do czynienia jedynie z „małymi sprężynkami, które wszyscy już znamy” i wówczas nie pozostaje mu nic innego, jak rządzić normalnie - jak każdy premier. Zamiast szukać mitycznego Graala, ma sie zająć „gotowaniem zupy”.
Coś w tym jest, bo Kaczyński wielokrotnie sugerował, że tuż-tuż za rogiem czekają nas rewelacje i głośne procesy ludzi z pierwszych stron gazet. Wielu jego posłów do dziś wierzy, że
jedyną racją wszelkich poświęceń i kompromisów, w tym niechcianej koalicji PiS z Lepperem, jest na przykład otwarcie archiwów WSI. W tym sensie chwila powiedzenia przez opinię publiczną
wielkiego „sprawdzam” nadchodzi. Zwłaszcza że nie wiemy, czy renta korupcyjna obciążająca naszą gospodarkę to problem pierwszo- czy pięciorzędny. Według Kaczyńskiego -
główny. A naprawdę?
Rozpoznać mafię
Ale zarazem Żakowski stosuje grube uproszczenie. Bo stwierdzenie „małe sprężynki, które wszyscy znamy” jest głęboko niesprawiedliwe.
Nawet jeśli miejsce wielkiego sprzysiężenia (które u Kaczyńskiego, jeśli w ogóle występowało, było retoryczną figurą typową dla polityków) zajmą małe układziki, to Kaczyński
„zna je”, a w każdym razie mówi o nich od kilkunastu lat, a Żakowski – zaledwie od miesięcy. Od momentu, gdy trudno już zaprzeczać oczywistościom. No, może od
afery Rywina, kiedy nową poprawnością polityczną stało się przyznawanie, że jest to problem drugiej, niejawnej sieci powiązań kryjących się za fasadą oficjalnych instytucji. To Kaczyński
był jednym z tych, którzy pierwsi zaczęli rozpoznawać mafię (nie same gangi „Dziada” czy innej „Kiełbasy” – chodzi o zrost przestępczych
instytucji ze strukturami państwa). W tym czasie publicyści tygodnika „Polityka”, i nie tylko tego pisma, robili sobie z tej wizji żarty. I w tym sensie to wizja lidera PiS
triumfuje już dziś – nawet gdy uznamy poszczególne sformułowania za przesadne i używane często w doraźnych celach politycznych. Co więcej – a to też ważny składnik jego
diagnozy – okazało się, że mafia jest mocno pozrastana z dziedzictwem przeszłości – jak w niedocenianym pod tym względem filmie „Psy” Pasikowskiego.
Można dyskutować, czy obecność tylu byłych esbeków – tych wszystkich Kurników i Chwalińskich – w siateczkach i sieciach jest praprzyczyną patologii, czy po prostu byli to
ludzie, którzy w pierwszych latach transformacji lepiej się znali i mieli większe możliwości wykorzystania dziur w dopiero tworzącym się systemie bez czytelnych reguł. Ale przy każdej
odpowiedzi na takie pytania trzeba sobie powiedzieć jasno: popełniający tysiące politycznych błędów Kaczyński w tej akurat kwestii się nie pomylił.
Co więcej, spór wcale się nie zakończył – nie chodzi tylko o „założycielski spisek”, także o „małe sprężynki”. – Czekam na
procesowe dowody – mówi w radiowej „Trójce”, komentując sprawę Edwarda Mazura pojawiającego się w przeszłości na rautach SLD Marek Borowski. Polityk lewicy,
który wcześniej niż inni zaczął przestrzegać przez patologiami, jednak jest więźniem – swojego rodowodu i partyjnego usytuowania. To samo powtarzają Janina Paradowska i dziesiątki
antykaczorystowskich komentatorów. Rzecz charakterystyczna – nie powtarza tego Platforma Obywatelska – byłoby to zbyt jawne zaprzeczenie jej wyborczego programu, choć w sprawie
szafy Lesiaka (trochę innej, bo nie chodziło tu o mafię, a o nadużywanie władzy przez służby specjalne) broni do upadłego swoich ludzi. Ale konkluzje: za mało jeszcze wiemy, poczekajmy,
wstrzymajmy się z osądami, rozbrzmiewają dostatecznie głośno, aby ich nie ignorować.
Jak Don Corleone
I tu niezgoda. Nie chodzi przecież o procesowe dowody. Generał Kurnik, który nawet po usunięciu z posady doradcy miał nadal gabinecik i szerokie wpływy w
MSWiA, może pozostać formalnie szanowanym obywatelem do końca życia. Przy najenergiczniejszych akcjach prokuratury wyobrażam sobie taką sytuację. Podobnie panowie Kuna i Żagiel, choćby ich
rola przypominała najbardziej wymyślne filmy gangstersko-szpiegowskie. Według prawa samobójcę „Baraninę” możemy do końca świata uważać za nieszczęśliwą ofiarę
zbiegów okoliczności – skoro organy wymiaru sprawiedliwości nie wykazały niczego innego. Możemy, jeżeli nie mówimy o diagnozie społecznej.
W filmie „Ojciec chrzestny” jest zabawna scena, gdy boss Michael Corleone grany przez Ala Pacino zeznaje przed komisją senacką. Pytany o takie pojęcia jak „mafia” czy „cosa nostra” robi głupią minę, a jego adwokat protestuje: to wszak obraża uczciwych obywateli włoskiego pochodzenia. Rzecz w tym, że Corleone pozostanie według prawa uczciwym, bo nie skazanym obywatelem, choć urządzane przez niego przyjęcia są rutynowo monitorowane przez FBI. Takie przesłuchania miały rzeczywiście w USA miejsce (słynna komisja senacka Estesa Kefauvera w latach 50.) i nie udowodniła nikomu przestępstwa, acz dziwnym trafem politycy, którym wykazano kontakty z gangsterami (przepraszam – z uczciwymi obywatelami uznawanymi, nie wiedzieć czemu, za gangsterów) ulegali kompromitacji i czasem nawet przegrywali wybory.
Przykład bliższy: Włochy. Ilu mafijnych bossów trzeba było aresztować, aby uznać ten kraj za przeżarty gangreną? Czy Giulio Andreotti został kiedykolwiek osądzony? Jest zdaje się nadal senatorem, a jednak nikt nie kwestionuje tezy, że współpraca polityków z mafią była ważnym problemem włoskiego życia publicznego. Czy zresztą i Adam Michnik przyznając przed komisją śledczą – w krótkim przebłysku związku ze społeczną rzeczywistością – że Kaczyński nie mylił się w kwestii korupcji, miał rzeczywiście na myśli przykład jednego Rywina? Czy może raczej sytuację, w której dziennikarze „Gazety Wyborczej” wychodzili rozmawiać na redakcyjny taras, bo wierzyli, że w ich gabinetach mogą być podsłuchy.
Jeśli dziś ktoś nie potrafi wyciągnąć wniosków z kontaktów Kurnika z Chwalińskim i kogoś tam jeszcze z kimś tam, to jest ślepy na jedno oko. Jeśli mówi: to są sprawy normalne, znane
od dawna, pytam: od kiedy? I kto to pierwszy powiedział? Który komentator „Polityki”? A może Waldemar Kuczyński? Władysław Frasyniuk? W tym sensie Kaczyński już odniósł
sukces. Co nie oznacza, że uniknie kłopotów.
Wnioski systemowe
Po pierwsze totalne upolitycznienie tego sporu – z obu stron – utrudnia zrobienie z tym czegokolwiek poza powtarzaniem publicystycznych diagnoz. Przykład pierwszy z brzegu: rząd
chce ujawnić (wzywany do tego gromko przez media i opozycję) aktywa WSI. Te same media i ta sama opozycja wzywa: niech tego nie robią rządzący politycy, a sądy. Konia z rzędem temu, kto
wymyśli sensowną procedurę takiego ujawniania – zwłaszcza że nazwiska agentów, którzy łamali prawo i szkodzili demokracji, mają być przecież częścią raportu – jak
przy sprawozdaniach komisji śledczej, które też nikogo nie skazują, ale opisują patologie, łącznie z nazwiskami i stosownymi prawnymi wnioskami. Więc żądanie sądowego trybu wydaje się
absurdem i blokuje cały proces oczyszczenia. A z drugiej strony, czy można mieć pretensje do opozycji, że nie ufa radykalnemu do białości Macierewiczowi? I pamięta sytuację, w której szefem
CBA musiał być koniecznie czynny polityk PiS, bo nie można było znaleźć nikogo wiarygodnego, kto mógłby być przedmiotem szerszego konsensusu.
Drugim, bardziej ogólnym wnioskiem jest pytanie o wnioski systemowe. W przypadku kliki usadowionej w Ministerstwie Finansów i umarzającej podatki, między innym ludziom mafii, trzeba było celnie namierzyć i aresztować, ale wolałbym, aby zasada uznaniowych rabatów i umorzeń zniknęła raz na zawsze. Przypomnę też: afera Rywina, która pokazała mechanizm kupowania ustaw, miała się zakończyć rozmaitymi środkami naprawczymi: regulacją lobbingu, reformą stanowienia prawa. Zakończyła się tylko raportem, którego nikt dzisiaj nie pamięta. No, także paroma kompromitacjami, co nie jest bez znaczenia. Ale to za mało. To akurat Kaczyńskiego nie obciąża. To do niego jednak trzeba skierować pytanie, czy PiS - ma tu odrobinę racji Jan Rokita - zda też egzamin z przekształcania instytucji, a nie tylko z jak najbardziej skądinąd potrzebnego wsadzania aferzystów do więzień. Jeśli to się liderowi partii rządzącej uda - jego sukces będzie kompletny. Jeśli nie - pozostanie połowiczny, niedokończony.